Sala numer 1 i numer 2.
Przedziwne pomieszczenia opancerzone grubymi, stalowymi drzwiami otwierane raz do roku, tylko na pierwszy dzień szkoły. Każdy tam kiedyś był, każdy się denerwował, każdy przechodził przez to samo.
Lucy nie była wyjątkiem.
Była zestresowana, co świadczyło notoryczne pstrykanie palcami, kręcenie się na ławce czy ciągłe poprawianie ułożonych włosów.
W jej głowie huczało od huraganu myśli, które kręciły się wokół sali, do której miała za chwilę wejść i testu. Oj tak, testu obawiała się najbardziej.
— Lucinda Schneider, sala numer 1.
Donośny głos nieznajomej kobiety rozbrzmiał po wszystkich kondygnacjach budynku, docierając do jego najciemniejszych zakamarków.
Dziewczyna miała wrażenie, że cała szkoła, słysząc jej nazwisko, przejrzała ją na wskroś i dowiedziała się o jej wielkiej tajemnicy. Obejrzała się z przestrachem po korytarzu, bojąc się, że zza rogu lada moment wyskoczy jakiś nauczyciel albo nagle któryś z siedzących uczniów wstanie i zacznie ją oskarżać.
A jeśli ktoś już wie? Jakimś cudem się dowiedział? Octavia może znalazła artefakty w kartce wentylacyjnej i poszła poskarżyć się opiekunce na swoją dziwną współlokatorkę?
Lucy poczuła jak oblewa ją zimny pot. Choć wiedziała, że to mało prawdopodobne i zapędzała samą siebie w niepotrzebny obłęd, to wciąż martwiła się, jakby tylko to zostało jej do robienia. A niestety miała zbyt dużo spraw na głowie.
Pancerne drzwi powoli otworzyły się z głośnym zgrzytem, wpuszczając na korytarz specyficzny zapach ziemi. Zza nich wyszła ruda dziewczyna z potarganymi włosami i umorusaną twarzą czymś ciemnym. Szła wyraźnie zmęczona i wydawała się opadnięta z sił.
Brunetka gwałtownie wciągnęła powietrze zaskoczona widokiem rudowłosej. Do jej głowy powoli zakradał się niepokój. Co tam się działo...?
Nieznajoma nawet na nią nie spojrzała. Zniknęła w głębi korytarza z zawieszoną głową i wzrokiem wbitym w jej stopy.
Schneider podniosła się z trudem z ławki. Czuła jak jej nogi miękną, a serce przyśpiesza.
Kiedy dotknęła zimnego metalu drzwi, przeszedł ją dreszcz. Czuła całą sobą, że to wcale nie będzie przyjemne.
Weszła, a jej oczom ukazało się stosunkowo małe pomieszczenie okryte od góry ogromną, półprzezroczystą kopułą. Widniało na niej jasnobłękitne niebo z wiszącymi tu i ówdzie mlecznymi chmurkami. Panowała tutaj typowo wiosenna, radosna atmosfera. Spojrzała z przestrachem na niewielkie wzgórze, teraz całkowicie rozkopane, które rozciągało się w niewielkiej odległości od wejścia. Resztki ziemi walały się wszędzie. Gdzieniegdzie piętrzyły się wielkie góry ciemnej masy, jakby jakieś stado psów wpadło do sali i zaczęło całkowicie rozkopywać wzgórze. Spod paru kupek ziemi wyrastały nawet wysokie, różnokolorowe kwiaty o dziwnych, powykręcanych łodygach. Na prawo znajdował się balkon z czterema dorosłymi osobami na jego pokładzie i oddzielającym go od tej całej scenerii przeszkloną ścianą.
— Żwawiej! — ktoś krzyknął przez mikrofon — Nie mamy całego popołudnia!
Lucy szybko się zreflektowała i weszła w głąb sali, która teraz nagle stała się zwykłą łąką, a wszystkie ślady po wykopaliskach na wzgórzu zniknęły. Nad głową obdarzonej zmaterializowały się puszyste, lekko ciemne chmury, które całkowicie przysłoniły słońce. Zapanowała ciężka cisza.
— Jesteś Lucy Schneider, huh? — zapytała głośno kobieta o ciemnych, falowanych włosach, trzymając w dłoniach podkładkę pod kartki oraz długopis. Towarzyszyła jej trójka dorosłych. Dwaj mężczyźni i jedna kobieta. Wszyscy uważnie obserwowali stojącą pod nimi dziewczynę.
— Tak — grzecznie przytaknęła, zaplatając dłonie za siebie.
Ciemnowłosa zapisała coś na kartce, po czym pochyliła się nad panelem, który znajdował się tuż przed nią. Pokilikała chwilę przy nim, a następnie podniosła wzrok na nastolatkę.
— A więc, zaczynajmy. Przejdź, proszę, na środek. — Wskazała na rozciągający się grunt, który wypełniał całe pomieszczenie, a wysoka trawa wdrapywała się nieco na podwyższenie, na którym znajdowała się komisja.
Dziewczyna cofnęła się, czując jak zieleń uginała się pod jej stopami i tworzyła widoczne dziury na darninie.
— Zamknij oczy. Musisz się porządnie skupić i wyciszyć. — Kobieta o mocnym głosie kontynuowała wydawanie poleceń przez mikrofon, a Lucy natychmiast przymknęła powieki, starając się całkowicie wyciszyć i dopuszczać do świadomości tylko głos czarnowłosej. — Teraz wyobraź sobie, że jesteś swoim żywiołem. Pokaż nam gdzie chciałabyś być teraz.
Obdarzona mruknęła coś niezrozumiale pod nosem, będąc zawieszona w transie. Te miejsce w pewien pokrętny sposób elektryzowało ją swoją magią. Czuła wszędzie wibrującą magię żywiołów. W sobie — od samych czubków palców u stóp, aż do końcówek włosów. Wokół siebie — powietrze wręcz kipiało od wszechobecnych czarów. Nigdy wcześniej tak się nie czuła, a żałowała, bo to było naprawdę cudowne uczucie.
Gdzie chciałaby być teraz?
Wzięła głęboki oddech, a wraz z nim wciągnęła chłodny, leśny zapach.
Trwała niczym niezmącona cisza. Krajobraz ponownie się zmienił. Za plecami nastolatki wyrósł gęsty, iglasty las o strzelistych czubkach i powykrzywianych gałęziach z mnóstwem drobnych igiełek. Natomiast przed nią rozciągało się bezkresne złociste pole porośnięte zbożem uginającym się od ciężaru ziaren oraz od wiejącego wiatru. Pogoda również się przekomponowała. Spod ciężkich, ciemnoszarych chmur mrygało zachodzące słońce, zalewając scenerię delikatną, złotą poświatą.
Uniosła powieki i była zachwycona tym, co właśnie stworzyła. Miała wielką ochotę przebiec się po polu, dotykając koniuszkami palców czubków pszenicy i po prostu śmiać się wniebogłosy.
Tak, jakby była żywiołem to te miejsce byłoby idealne.
— Pokaż, co potrafisz. — Usłyszała nad sobą i od razu przeszła do czynności. Nikt nie musiał jej tego dwa razy powtarzać.
Ponownie zamknęła oczy.
To ona sprawowała władzę nad żywiołem. To ONA nim była.
Czuła się lekka niczym piórko i miała wrażenie, że unosiła się kilka metrów nad ziemią. Chciała latać, przecinać wzdłuż i wszerz lasy, miasta, góry. Chciała biec, mając wokół siebie wiatr, powietrze, dzięki któremu żyła, tak jak i miliardy innych ludzi. Ale oni nie mogli czuć tego, co ona właśnie doświadczała. Żyli w błogiej nieświadomości, nie wiedząc jak smakowało tak naprawdę powietrze. A było jak słodka wolność, którą można bez końca się delektować i upajać.
Wyciągnęła dłoń, aby pochwycić ją w swoje ręce i nigdy nie wypuścić. Aż tu nagle szum przeciął donośny odgłos łamanego drewna — tysiące kruszonych drzew opadających z hukiem na poszycie. Jednak odgłos zniknął pochłonięty przez huk tornada, które się rozpętało tuż obok niej.
Otaczał ją szelest wirujących liści, wyrywanego zboża oraz atmosfera wypełniona energią, ekscytacją oraz magią.
Bała się otwierać oczu. Tu, w ciemnej nicości, widziała wszystko oczami żywiołu. Gdyby jednak spojrzała na to ludzkim spojrzeniem, wydałoby się to jej straszne jak wielką i niebezpieczną miała w posiadaniu moc.
— STOP!
Wszystko ucichło jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki. Buzująca magia uleciała, a huragan wyparował. Latające fragmenty zboża oraz postrzępione liście zaczęły powoli opadać na ziemię, okręcając się wokół własnej osi.
Obdarzona uchyliła powieki i mimowolnie skrzywiła się, mając przed oczyma kompletnie zniszczony, polny krajobraz. Nie musiała nawet się odwracać, aby wiedzieć, że po rozległym lesie pozostały tylko nędzne szczątki złamanych konarów, brutalnie wyrwanych korzeni oraz okrutnie obdartych z liści gałęzi.
Zaniemówiła. Nie potrafiła nic z siebie wykrztusić. Nigdy, jak dotąd, czegoś takiego nie wyszło spod jej rąk. Nawet Rephaim nigdy nie zażyczył sobie błyskawicznego zniszczenia świata. Może on sam nie wiedział, że Lucy ma we władzy taką potężną rzecz.
Spojrzenie na to wszystko ludzkim okiem było kompletnie innym doświadczeniem niż patrzenie przez pryzmat żywiołu. Wtedy traciło się kontrolę i zahamowania. A szczególnie w tym miejscu — nasyconym magią, która wręcz napierała na ciebie, abyś wreszcie użył swoich mocy. Dopiero wtedy Lucy uświadomiła sobie, że na tym polegał test. Na pokazaniu swoich maksymalnych możliwości.
— Wiatr klasy trzeciej. Gratuluję, panno Schneider. — Słowa kobiety zabrzmiały nieco surowo. — Możesz już iść.
Dziewczyna wyjąkała coś na pożegnanie i na miękkich nogach skierowała się do wyjścia, a w międzyczasie czasie czarnowłosa wyczytała następną osobę do testu.
Wszystkie emocje z niej gdzieś wyparowały. Czuła się pusta w środku, jakby i wewnątrz niej rozpętał się huragan, niszcząc wszystko wokół siebie.
Nie sądziła, że była do tego zdolna. Żeby zniszczyć... wszystko. Potrafiła powalić tysiące drzew. Potrafiła stworzyć śmiercionośne tornado. Owszem, wcześniej już miała świadomość, że w jakiś sposób może zrobić takie rzeczy, ale nigdy tego nie sprawdzała. Aż do teraz. A najgorsze było to, że jej się to podobało. Wtedy, gdy przejęła niewidzialne ciało swojego żywiołu, czuła przede wszystkim swoją potęgę i wolność. Szybko wyparła z myśli, że jakkolwiek niesienie zniszczenia mogłoby być dla niej atrakcyjne.
Jakimś cudem na miękkich nogach dotarła do internatu żeńskiego. Od razu po wejściu do pokoju rzuciła się na łóżko, ignorując zaskoczone spojrzenie współlokatorki siedzącej przy biurku z opasłą książką w ręku.
— Lucy? Wszystko w porządku? — zapytała z troską, zamykając z plaskiem lekturę.
Minęła chwila, nim brunetka zebrała się na odpowiedź.
— Nie wiem. — Westchnęła. — Po prostu jestem... zagubiona? Sama już nie wiem. — Ponownie westchnęła, obracając się na brzuch i chowając twarz w poduszce.
— To ma związek z testem? Jak ci poszedł? — Obróciła się na krześle, aby mieć lepszy widok na obdarzoną.
— Źle — wymamrotała ledwo słyszalnie zza materiału jaśka.
— Oj, nie przesadzaj. Nie mogło być tak-
Lucy nagle poderwała się znad poduszki i wymierzyła Octavii nieco szalone spojrzenie. Opierała się o materac wyprostowanymi rękoma, które zaczęły się trząść między innymi od emocji nastolatki oraz niewygodnej pozycji.
— Zniszczyłam cholerny las! Wywołałam tornado na środku pola! Jak-jakbym nagle straciła nad so-sobą kontrolę... — zaczęła się jąkać, a jej głos niebezpiecznie balansował na skraju płaczu. — Ja mogę kogoś zabić, Octavia.
Zmiennokształtna z uwagą słuchała słów, zastanawiając się, czy Lucy przypadkiem nie przesadzała i nie popadła w histerię. W pewnym momencie sama domyśliła się głównego problemu jej koleżanki. Schneider po prostu bała się odpowiedzialności.
— Każdy może zabijać, Lucy — zaczęła powoli, gorączkowo starając się tak ubrać słowa, aby nie urazić przypadkiem dziewczyny. — Wiem doskonale, że nie jesteś w stanie skrzywdzić nawet muchy, a co dopiero ludzi! Lucy, pamiętaj, że to ty kontrolujesz żywioł, a nie on ciebie.
Schneider z powrotem opadła na łóżko przytłoczona słowami zmiennokształtnej. Skuliła się, po czym głośno oraz przeciągle westchnęła, jakby chciała z tym wydechem usunąć wszystkie zmartwienia z organizmu.
— Masz może rację. Może po prostu wariuję.
— Rok szkolny nawet się dobrze nie zaczął, a ci już siada mózg. — Zaśmiała się lekko. — Poczekaj tylko na egzaminy końcowe.
— Przestań — jęknęła błagalnie. Nie chciała myśleć o testach, które były jeszcze odległymi planami w jej, jak miało się okazać, zawiłej przyszłości. — Mam dość jakichkolwiek egzaminów jak na razie.
Blondynka przechyliła głowę, a jej włosy opadły krótko za prawym barkiem.
— Jest już po dwunastej. Pójdziemy na lunch? Umieram z głodu. — Zacisnęła dłonie na brzuchu, a on, jak na zawołanie, głośno dał o sobie znać.
— Co jedzą sowy? — Obdarzona podniosła się z trudem i spojrzała z ukosa na Holloway.
— Jeśli chodzi ci o to czy będę teraz szamać szczury lub myszy to nie, nie będę. Mam teraz ochotę na jakieś naleśniki. — Stanęła na równe nogi, a poły długiego płaszcza zafalowały w powietrzu.
Lucy nie chciała się dopytywać, czemu jej współlokatorka paraduje po szkole w jesiennym płaszczyku, mimo że była końcówka sierpnia, a temperatura nie osiągnęła jakiś szczególnie niskich temperatur. Po prostu zignorowała ten fakt, po czym obie razem zeszły na sam dół Akademii, uprzednio zamykając na klucz ich wspólny pokój.
Test dla Lucy był stresującym doświadczeniem. Dlatego zamknęła go szczelnie w szufladce „Do szybkiego zapomnienia” w swojej głowie. Nie chciała go rozpamiętywać. Chciała po prostu cieszyć się z towarzystwa Octavii bez jakichkolwiek zmartwień. Z drugiej strony wiedziała, że problemy oraz trudności nigdy nie odejdą, a dzisiejszy dzień był zaledwie ich zalążkiem. Dlatego uznała temat testu za zamknięty i po prostu ucieszyła się, że ma go wreszcie za sobą.
Cieszyła ją też świadomość, że już wie o swojej klasie. Klasa trzecia. Z tego co wcześniej wyczytała była ona najwyższym stopniem, a zarazem najrzadszym, porównując do występowania u obdarzonych jego niższych braci. Czyli niosła na swoim barkach wysoką odpowiedzialność za swoje czyny. A to napawało nastolatkę kolejną porcją zmartwień.
— Och. — Nagle sobie przypomniała o czymś brunetka, kiedy już schodziły po schodach na parter. — A jak ci poszedł test? — zagadnęła z niemałym poczuciem winy, że wcześniej nie pomyślała o współlokatorce, tylko ciągle o sobie. Egoistka, skarciła siebie w myślach.
— Całkiem dobrze. Musiałam się zamienić z sowę, polatać trochę po lesie, a później przydzielili mnie na specjalne zajęcia dla zmiennokształtnych ptaków. Nic specjalnego. — Wzruszyła lekceważąco ramionami, po czym uznała temat za skończony i popchnęła drzwi prowadzące wprost do stołówki.
Jadłodajnia była przestronnym pomieszczeniem z jedną ścianą kompletnie przeszkloną i z parą szklanych drzwi. Za nią można było dostrzec taras z drewnianymi stołami oraz krzesłami, aby można było spożywać posiłek na łonie natury. Właśnie tam większość nastolatków jadła swój lunch, korzystając z ładnej pogody.
Kolejka przy bufecie nie była jeszcze jakoś szczególnie długa, więc obie dziewczyny niedługo po tym mogły cieszyć się swoim lunchem. Zasiadły przy jednym z wielu wolnych stolików, który stał nieco na uboczu jadłodajni.
— Ten naleśnik wygląda podejrzanie — odezwała się Schneider, patrząc nieufnie w stronę tacki z jedzeniem współlokatorki.
— Wygląda normalnie. — Octavia postukała widelcem o zwiniętego w rulon naleśnika. — Zajmij się lepiej swoim jedzeniem.
Dziewczyna parsknęła w odpowiedzi, ale wzięła jej słowa do serca i zaczęła konsumować swój lunch. Wraz z upływem czasu, do stołówki zaczęła napływać większa ilość uczniów, a nim dziewczyny się obejrzały, całe pomieszczenie wrzało już od głośnych rozmów, stukania sztućcami i szurania nogami krzeseł.
Lucy lubiła patrzeć na ludzi, a szczególnie na osoby w jej wieku, więc nie omieszkała się od dyskretnego rozglądania się po stołówce. Dostrzegała roześmiane twarze młodych dziewcząt oraz żywo gestykulujących chłopców, a wszystko to było spięte radosnym, szkolnym klimatem. Bynajmniej jej się to podobało. Polubiła tą luźną atmosferę, którą roztaczała wokół siebie szkoła. Nigdy wcześniej nie była członkiem większej społeczności, więc teraz czuła się cudownie, będąc jej maleńką częścią.
Wiodła wzrokiem po twarzach nieznajomych, nie mając pojęcia czy w ogóle kogoś szukała. Być może poszukiwała w tłumie jakieś znajomej twarzy. Jednak szczerze w to wątpiła czy kogoś takiego tutaj znajdzie. A wtedy jej spojrzenie natrafiło na blond czuprynę nieułożonych włosów przywodzącą na myśl lwią grzywę. Nie rozumiała z jakich powodów zatrzymała akurat na jego personie. Być może z powodu aury władczości, którą wokół siebie roztaczał. Właściciel owej fryzury z miną zastygłą w grymasie szczerego niezadowolenia skubał widelcem naleśnika, który wyglądał jeszcze gorzej niż na talerzu Octavii. Koło niego siedział czarnoskóry chłopak o krótko przystrzyżonych włosach, który, w przeciwieństwie do swojego kolegi, jadł ze smakiem hamburgera, przy okazji druga ręką obsługując telefon. Od niego z kolei bił pewien rodzaj niepokoju, jakby Afroamerykanin czaił się gdzieś na swoją ofiarę, a nie przeglądał w spokoju Twittera. Widziała ich doskonale, bo siedzieli oddaleni od niej zaledwie o dwa stoły.
Wtem, kątem oka, zauważyła po swojej prawej stronie ruch. Odwróciła wzrok od dwójki chłopaków w momencie, gdy do ich stolika dosiadł się nieznajomy okularnik. Postawił dumnie na blacie tacę z nuggetsami oraz butelkę wody mineralnej.
— Cześć!
— Przepraszam, ale my się chyba nie znamy — pierwsza odezwała się blondynka z nutką podejrzliwości w głosie, gdyż jej koleżance odjęło mowę z zaskoczenia.
— Och, może i tak. — Okularnik szybko się zreflektował, poprawiając na nosie swoje okrągłe oprawki. Przyjaźnie podał Holloway dłoń nad stołem. — Elliott Theodore Sanford, ogień, klasa druga. Nuggetsy życiem! — zawołał, dwukrotnie uderzając się pięścią w miejsce klatki piersiowej, gdzie znajdowało się jego serce.
Lucy parsknęła rozbawiona jego ekscentrycznym zachowaniem. Brunet w odwrócił się w jej kierunku ze zmarszczonymi brwiami.
— Jesteś wegetarianką? — zapytał nieco zbyt napastliwie, a obdarzona zamrugała oczyma zdziwiona absurdem jego słów.
Kompletny dziwak, przyszło jej to na myśl i zgodziła się z tym całą sobą.
— Co? Nie. Skąd ci przyszło to do głowy? Mam tylko nietolerancję laktozy. — odparła, przyglądając się brunetowi ubranemu w porozciągany, brązowy sweter. Już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, ale przerwała mu Holloway.
— Jestem Octavia, a to moja współlokatorka, Lucy. — Uścisnęła wyciągniętą dłoń Elliotta, która wciąż wisiała w powietrzu nad blatem. Na szczęście zrezygnowała z oficjalnego tonu, za co jej znajoma była wdzięczna. — Można wiedzieć co cię sprowadza do naszego stolika?
— Między innymi brak znajomych. Jestem tu pierwszy rok i chciałbym jak najszybciej się z kimś zaprzyjaźnić. — Okularnik zaczął powoli zajadać swoje pyszności, raz spoglądając na jedną dziewczynę, a raz na drugą i tak w kółko. — A wy jako jedyne miałyście wolne miejsca przy stoliku i wyglądałyście dosyć przyjaźnie. Więc, tak oto jestem!
Obie dziewczyny pokiwały w zrozumieniu głową.
— Też jesteśmy z pierwszego roku. Ja jestem zmiennokształtną sową, a Lucy...
— Obdarzoną — dokończyła gładko za Holloway. — Klasa trzecia wiatru.
Brunet głośno zagwizdał cicho, a brunetka mogła przysiąść, że dostrzegła jak z jego ust wydobywały się maleńkie iskierki ognia.
— O ja cię, trzeci stopień? Wow. Potrafisz wywołać tornado? — zapytał się wyraźnie zafascynowany jej zdolnościami. — Słyszałem, że ogniokrwiści trzeciej klasy potrafią spalić calusieńki las, po prostu o tym myśląc!
Brunetka sądziła, że na podobnych zasadach działało to we wszystkich żywiołach na najwyższym poziomie. Potrafiła uwierzyć w jego słowa, gdyż ona sama zaledwie godzinę temu stworzyła huragan w środku pomieszczenia. Miała tylko nadzieję, że magia wyolbrzymiała tylko ich zdolności, a w normalnych warunkach musiałaby się trochę natrudzić, aby takie coś stworzyć.
Octavia zauważyła jak twarz koleżanki zastygła w konsternacji. Dlatego postanowiła wybawić ją z opresji, wiedząc, że test oraz wszystko co się dzisiaj wydarzyło w sali numer 1 stanowiło dla niej drażliwy temat.
— Niewątpliwie też tak myślę. A powiedz mi, Elliottcie — tu zrobiła pauzę, by odsunąć od siebie tacę, a o wolne miejsce oprzeć łokcie. — Skąd jesteś? — zagadnęła na temat, który przyszedł jej pierwszy do głowy. Nie miała czasu, aby rozwodzić się nad płytkością owego tematu, bo i tak nie wymyśliłaby cokolwiek lepszego.
Kątem oka mogła dostrzec jak Schneider podniosła wzrok i posłała jej wdzięczne spojrzenie mówiące nieme „Dziękuję”.
— Urodziłem się w Nepalu, ale dotąd mieszkałem w małej mieścinie pod Denver, czyli inaczej mówiąc, zadupiu.
— Czyli jesteś Azjatą? — Lucy spojrzała na Elliotta, doszukując się w jego twarzy typowych cech skoośnookich, ale nic nie mogła znaleźć. Wyglądał jak zwykły Amerykanin czy też Europejczyk z burzą potarganych, ciemnych włosów, bladą karnacją oraz zielonymi tęczówkami.
— Nie, w Nepalu nie obowiązuje prawo ziemi. Jestem tylko kolejnym, szarym Amerykaninem z Kolorado. — Westchnął i wzruszył ramionami z udawaną rezygnacją.
— Och, no cóż. Też jestem zwykłą Amerykanką. Ale z Pennsylwanii.
Sanford widocznie się ożywił na słowa brunetki.
— Pennsylwania? Wow! Byłem tam z rodzicami. Filadelfia jest prze-pięk-na! — przesylabizował ostatnie słowo, żywo gestykulując dłońmi. Pozachwycał się jeszcze przez chwilę miastem Braterskiej Miłości, kiedy odwrócił wzrok w stronę Octavii. — A ty, Octavio? Skąd jesteś?
— Z Ohio.
Lucy nie potrafiła ogarnąć rozumem Elliotta, lecz z każdą chwilą coraz bardziej do niego się przekonywała. Był nieco zbyt entuzjastyczny i czasami nazbyt emocjonalnie reagował, co mogła przed chwilą zauważyć. Jednak, z drugiej strony, wydawał się być przesympatyczną osobą z wiecznie dobrym humorem. A jego miłość do nuggetsów tylko pogłębiała te wrażenie. Na razie postanowiła nie oceniać go zbyt pochopnie i być w stosunku do niego neutralna.
W międzyczasie Elliott opowiadał z zapałem Holloway o swojej przygodzie z niedźwiedziem na kempingu z rodzicami w Cleveland, kiedy to dowiedział się o swoich zdolnościach, a jego rozmówczyni słuchała go z uwagą.
—... a wtedy podpaliło się całe opakowanie pianek, które z kolei podfajczyło nasze zapasy żywności i podręczną lodówkę z lodami, a wtedy zajęło się poszycie leśne i najbliższe drzewo oraz krzaki. Ale chociaż niedźwiedź uciekł w siną dal. Dzięki Bogu, że moja mama to wszystko ugasiła! — zawołał swobodnym tonem, jakby przygoda z miśkiem i podpaleniem lasu była błahą igraszką, z którą codziennie się zmaga przed śniadaniem.
Blondynka pokiwała głową w uznaniu z miną trudną do odgadnięcia.
— Twoja mama jest obdarzoną, tak? — zagabnęła, bo szczerze wątpiła czy jego matka ugasiła pożar zwykłą gaśnicą lub przyjechała wozem strażackim.
— Tak, mama panuje nad wodą, a ojciec, tak jak ja, nad ogniem. W mojej rodzinie z dziada pradziada linia męska zawsze była ogniokrwista — odrzekł dumnie, po czym pstryknął palcami, a spod nich wystrzeliły jasne iskierki ognia. — No ale później mój stary rozwiódł się z mamą i tak to zostaliśmy odcięci od wieloletniej tradycji. — Wzruszył lekceważąco ramionami, jakby to w ogóle nie bolało.
— Przykro mi — odparła ze szczerą dozą współczucia.
— Nie no spoko, Tavi. Mam teraz ojczyma, który jest człowiekiem i nie ma zielonego pojęcia, że ze mną i mamą jest coś nie tak. — Zaśmiał się perliście, sięgając po butelkę wody. — Chociaż powinien się domyślić czemu ciągle w domu krany wybuchają albo piwnicę bez przerwy zalewa woda z pralki. — Obie dziewczyny posłały mu niezrozumiałe spojrzenie, a on pośpiesznie wyjaśnił. — Mama jest wybuchowa i szybko się denerwuje, a że ma jeszcze trzecią klasę... To wiele wyjaśnia.
— Na pewno masz ciekawie w domu. — Uśmiechnęła się nieśmiało brunetka, która od pewnego czasu wcale nie zabierała głosu w toczącej się rozmowie. — Zazdroszczę.
Okropnie mu zazdrościła, że miał normalnych rodziców i normalny dom. Czemu to ona musiała użerać się z, o zgrozo, wielkim czarodziejem, Rephaimem, a nie ktoś inny? Dlaczego świat był taki niesprawiedliwy? Wiedziała, że nigdy nie otrzyma na te pytania odpowiedzi. W sumie już dawno zaakceptowała aktualny stan rzeczy, bo nie była w stanie NIC zmienić. A teraz poznała Elliotta, z cudownie szczęśliwym życiem i luźnym podejściem do problemów i była coraz bardziej zazdrosna oraz żądna zmian.
— E tam, nie ma czego zazdrościć. — Wrzucił do buzi ostatniego nuggetsa, wyginając wargi w pogodnym uśmiechu. — No cóż, dziewczynki, będziemy musieli się już pożegnać.
Okularnik podniósł się znad stołu, jedną ręką poprawiając w międzyczasie okrągłe oprawki na nosie, a drugą chwytając pustą tacę.
— Ale nie martwcie się, ukochane! — zawołał. — Niedługo zobaczymy się na zajęciach. Do zobaczenia! — Pomachał im i oddalił się sprężystym krokiem, kiedy nastolatki odmachały mu na pożegnanie.
Zapanowała cisza, podczas której Schneider głowiła się skąd Elliott może wiedzieć, że będą mieli wspólne lekcje.
— Skąd wie-
— Nie wiem — przerwała jej w środku zdania, domyślając się o co chciała zapytać się Schneider. — Ale coś czuję, że to okaże się prawdą.
Lucy też tak sądziła. Nie to, że była przeciwko kolejnemu spotkaniu z chłopakiem, którego względnie polubiła.
Pozostała część dnia minęła spokojnie. Dziewczęta zwiedziły calutką szkołę oraz jego pobliskie tereny, czyli stadion, boiska sportowe, jezioro, a na koniec zawędrowały do ogrodów. Obie były jednakowo pod wielkiem wrażeniem tego ostatniego miejsca. Następnie pod ramię poszły na wczesny obiad i tym razem nie dołączył do nich Elliott Sanford, więc musiały się obyć bez jego obecności.
Teraz brunetka leżała na swoim łóżku w pokoju 442 i obmyślała plan dzisiejszego wieczoru.
Miała do dyspozycji amulet niewidzialności, więc sprawę patrolu nauczycielskiego oraz woźnego Freda, który ze swojej kanciapy na parterze widział wszystko, miała tak jakby z głowy. Choć nadal nie była pewna na ile może pozwolić sobie, będąc niewidzialna. Doszła do wniosku, że najlepiej będzie przeprowadzić akcję, kiedy wszyscy ułożą się spać. No dobra, jeśli uniknie nauczycieli oraz woźnego to... No właśnie, co? Rephaim w tej kwestii dał jej wolną rękę, a ona nie za bardzo się cieszyła z tego powodu, bo była najzwyczajniej na świecie w kropce, z której nie potrafiła wybrnąć. Co mogłaby zrobić, aby nastraszyć dyrektora? Zniszczyć jego gabinet? To byłby całkiem dobry pomysł, gdyby nie fakt, iż jego pokój znajdował się tuż za sekretariatem, a jedyne drzwi, które do niego prowadziły, znajdowały się właśnie w owym biurze. No i gdyby nie to, że przez całą noc przebywała tam sekretarka Aurora, która z łatwością zobaczyłaby samootwierające się drzwi i od razu nabrałaby podejrzeń, a tego Lucy chciałaby za wszelką cenę uniknąć. Zostało jej tylko zdewastowanie korytarza lub którejś z sal lekcyjnych. A może aula? Aula wydawała się być dobrym pomysłem. Obdarzona sądziła, że stanowiła jedne z ważniejszych miejsc w Akademii, więc zniszczenie jej odpowiednio wzburzyłoby uczniów jak i samego dyrektora. Miała tylko nadzieję, że wszystko pójdzie jak po maśle, a sama akcja zajmie jej tylko parę minut, żeby ona mogła szybko wrócić do pokoju. Octavia nie mogła nabrać żadnych podejrzeń, że ona może być w to zamieszana. Nikt nie może wiedzieć.
Westchnęła i potarła ciężkim gestem twarz. Myślenie czasami boli, stwierdziła, przykładając dłoń do pulsującego bólem czoła. Spojrzała badawczo na Octavię, która w tamtym momencie swobodnie leżała na łóżku ze wzrokiem wbitym w treść opasłej księgi i z luźno wiszącymi stopami poza krawędziami materaca.
Blondynka dostrzegła kątem oka jak jej współlokatorka dokładnie się jej przyglądała. Nie dała po sobie poznać, że to zauważyła. Nadal skupiała się na literkach, które teraz wydały się jej niesamowicie nudne. Mimowolnie odbiegła myślami od czytanej właśnie książki i zastanowiła się nad czym tak intensywnie rozmyślała Lucy, gdyż ona z tej odległości potrafiła usłyszeć jak w jej głowie pracowały trybiki.
Schneider stanowiła dla niej zagadkę. Mało mówiła o sobie, swojej przeszłości czy rodzinie. Wolała kiedy to Octavia opowiadała albo gdy obie rozmawiały na temat spraw teraźniejszych. Blondynka podejrzewała, że dziewczyna najprawdopodobniej miała złe wspomnienia związane ze swoim domem. Nie miała jej to za złe, że nie chciała od razu się przed nią otworzyć. Wiedziała, że wszystko przyjdzie z czasem, więc nie naciskała. Po prostu czekała, a Octavia Holloway była niesamowicie cierpliwa, więc mogła czekać nawet i wieczność.
Wtem rozległ się głośny dzwonek telefonu, który zakłócił panującą ciszę oraz nieprzyjemnie wyrwał obie nastolatki z rozmyśleń. Minęła dłuższa chwila, nim zmiennokształtna zamknęła wolumen i wykręciła się, aby dosięgnąć komórki leżącej na szafce nocnej zbyt leniwa, aby po prostu wstać i podejść.
Na jej twarzy zagościł grymas, gdy jej oczom ukazała się nazwa sprawcy całego tego zamieszania. Niezadowolenie jeszcze bardziej się pogłębiło, kiedy telefon zaczął jeszcze natrętniej dzwonić, jakby osoba po drugiej stronie słuchawki wiedziała, że Octavia nie chciała odebrać.
Jej palec powoli powędrował nad czerwony przycisk, a blondynka poczekała jeszcze chwilkę, nim odrzuciła połączenie. Następnie wyciszyła całkowicie telefon i schowała go pod poduszkę.
Widząc pytający wzrok Lucy, posłała jej niemrawy uśmiech, po czym powróciła do porzuconej lektury, usilnie próbując ignorować spojrzenie jej współlokatorki, która wciąż wywiercała dziurę w jej głowie.
Lucinda w tamtym momencie uświadomiła sobie, że w pokoju 442 nie tylko ona miała swoje mroczne tajemnice.
Nastał wieczór. Łazienka wrzała od hucznych, ożywionych rozmów i unoszącej się pary znad pryszniców, a z pokoju wspólnego wydobywały się głośne śmiechy oraz odgłosy włączonych telewizorów. Wszyscy byli podekscytowani jutrzejszym dniem. Na szczęście z każdą mijającą godziną coraz bardziej cichło w obu tych miejscach.
Nastolatka czekała przykryta ciepłą kołdrą i ze wzrokiem wbitym w sufit, a pod poduszką czuła małe, niewygodne wybrzuszenie. Naszyjnik, który teraz spoczywał na jej dekolcie, wręcz wypalał w skórze dziurę.
Jedynym oświetleniem w pomieszczeniu była mała lampka nocna stojąca na biurku Octavii, gdy jej właścicielka z uwagą analizowała swój plan lekcji na jutrzejszy dzień. Lucy już dawno spakowała potrzebne książki do torby, która teraz wisiała swobodnie na oparciu jej krzesła. Nagle współlokatorka podniosła się, gasząc światło. Po omacku przysunęła się do łóżka i bezszelestnie wsunęła się pod kołdrę, starając się nie obudzić, jak myślała, śpiącej dziewczyny.
Minęło trochę czasu, ale Schneider czuła jakby czekała wieczność, a nie marne pół godziny. Po krótkim namyśle postanowiła działać.
Lucy wytężyła słuch, upewniając się, że na korytarzu nikt się nie przechadzał a jej koleżanka zapadła już w sen. Na szczęście panowała cisza, zakłócana jedynie miarowym oddechem zmiennokształtnej.
Wyciągnęła spod jaśka flakonik, powoli odkręciła zakrętkę i wypiła. Do jej ust skapnęło jedynie dwie kropelki gęstej, maziowatej cieczy, która do złudzenia przypominała fakturą galaretę. Przełknęła i zaczęła kasłać, bo maź zatkała cały przełyk, leniwie opadając w dół. Rozpaczliwm gestem schowała twarz w poduszce, aby chociaż w małym stopniu uciszyć swój kaszel. Kiedy wreszcie się uspokoiła, rzuciła okiem na blondynkę. Z ulgą stwierdziła, że się nie ruszyła nawet o cal.
Wstała, ponownie chowając szklany flakonik, ale tym razem ułożyła go w kieszeni szlafroka, tuż obok puszki ze sprejem. Założywszy podomkę, sięgnęła dłonią do wiszącego, zimnego w dotyku kamienia. Potarła go i poczuła te same uczucia co parę tygodni temu w gabinecie Meredith.
Och, Meredith. Co z nią? Musiała koniecznie z nią porozmawiać, bo się strasznie za nią stęskniła, mimo że minęło zaledwie parę dni od ich ostatniego spotkania. Ale to później. Teraz musiała się porządnie skupić.
Wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi za sobą. Z przestrachem obejrzała się po korytarzu, na którym nikogo na szczęście nie było. Mimo iż wiedziała, że nikt nie miał prawa jej ujrzeć, to i tak odczuwała niepokój i wolała się nie narażać. Szybko puściła się biegiem, starając się robić jak najcichsze kroki.
W połowie drogi poczuła, że jest coś nie tak. Oparła się o najbliższą kolumnę, z trudem łapiąc kolejne oddechy. Od brzucha w górę promieniował dziwny ból, który w pewnej chwili stał się nie do wytrzymania. Dziewczyna zgięła się w pół, mocno zaciskając powieki. Umysł powoli jej się wyłączał, a na jego miejsce wchodziło coś innego, coś nieznajomego i coś... wrogiego. Nim zdążyła cokolwiek zrobić, upadła, gdy ból rozprzestrzenił się po całym ciele, a ona straciła świadomość.
Obudziła się w momencie, kiedy smagana lodowatym wiatrem stała na środku auli ze spojrzeniem wbitym w przeszkloną ścianę, a raczej w widniejący na niej krwisty napis.
"Strzeżcie się, nieczyści"
Przeszedł ją dreszcz, a w międzyczasie do jej uszu dotarł cichy, złowrogi szelest liści niewiadomo skąd.
Wtem lodowaty wiatr uderzył z przerażającym hukiem w okna, a na całą powierzchnię auli spadł deszcz tańczących szklanych odłamków. Lucy z niemym krzykiem zaczęła uciekać wprost do wyjścia, ale kiedy tam dotarła, coś ponownie kazało jej się odwrócić.
Spojrzała przez ramię i gwałtownie nabrała powietrza. Tam gdzie znajdowały się napisy, szkło nie pękło. Napis w ogóle nie ucierpiał, ale za to jego dalsze otoczenie tak. To spotęgowało jeszcze bardziej jej przerażenie. Zaczęła uciekać korytarzem, a na jej usta cisnął się wrzask. Biegła, mając przed oczyma trzy wrogie wyrazy o odcieniu krwistej czerwieni otoczone pochrępaną, szklaną ramką oraz oświetlone zimnym blaskiem jasno świecącego księżyca.
Dotarła do kantorka, o który się oparła, starając się głośno nie dyszeć. Jeszcze raz spojrzała po sobie, aby upewnić się, że była wciąż niewidzialna.
Ze schodów zaczęli zbiegać dorośli nauczyciele zaalarmowani tajemniczymi odgłosami z auli. A z sekretariatu wybiegła Aurora, słysząc zamieszanie za drzwiami.
Lucy osunęła się na ziemię, ukrywając głowę pomiędzy kolanami.
Lucy osunęła się na ziemię, ukrywając głowę pomiędzy kolanami.
Nie mogą mnie zobaczyć, nie mogą mnie zobaczyć... Powtarzała niczym mantrę, która miała ją uświadomić, że była bezpieczna pod osłoną amuletu.
Wszyscy pobiegli wprost do auli, w której hulał mroźny wiatr, a podłoga została usłana ostrymi odłamkami szyb. Sala wyglądała upiornie zalana zimnym blaskiem księżyca. W powietrzu dało się wyczuć słaby swąd spalenizny, a na ścianach widniały mokre zacieki.
Rozległy się przerażone krzyki na widok doszczętnie zniszczonego pomieszczenia.
— Co tu się działo?! — wrzasnął Phillip Higgins, nauczyciel od kontroli nad mocami, który jednocześnie piastował posadę wicedyrektora. — Heather, skontaktuj się szybko z Griffithem!
— Odszedł od grupy i pobiegł w głąb auli, a za nim ruszyło parę osób.
— "Strzeżcie się, nieczyści"? Co to ma, do cholery, znaczyć? — zapytał się Charles Fitzgerald, który wciąż stał w wejściu i nie oczekiwał na to pytanie odpowiedzi.
— Ktoś chce nas nastraszyć. — Przystanęła obok niego dziwnie spokojna brunetka o mocnym głosie. — Szykuje się coś grubego. Nie możemy pozwolić, aby o tym dowiedzieli się ucznio-
Nawet nie skończyła, gdy do sali wpadła grupka nastolatków wiedziona dziwnymi odgłosami z parteru. Rozległo się parę dziewczęcych krzyków na widok krwawego napisu.
— Cholera jasna! — warknęła Charlotte Schroeder wyraźnie rozzłoszczona, a Charles wzruszył ramionami.
Powracając do Lucy, która wciąż kuliła się pod kanciapą woźnego. Tak samo jak na początku była niesamowicie przerażona. Nie mogła uwierzyć, że to zrobiła. Jednak nie była z tego dumna. A tym bardziej nie mogła uwierzyć, że tego nie pamiętała. Po prostu w jej głowie zionęła pustka, kiedy chciała sobie cokolwiek przypomnieć z tamtego okresu. Napawało ją to niepokojem. Tak nie powinno być. Coś źle poszło, coś... coś było nie tak.
W pewnej chwili poczuła na sobie czyiś wzrok. Powoli podniosła głowę i w zwolnionym tempie obróciła ją w stronę schodów, a po plecach przebiegł lodowaty strach i chwycił ją mocno za gardło.
Na ostatnim stopniu schodów stał młody chłopak o czarnych włosach i równie ciemnych oczach. Patrzył się niepewnie w miejsce, w którym siedziała skulona dziewczyna. Potrząsnął głową, jakby nie wiedząc czy jego mózg płata mu figle. Stał tak nieruchomo przez parę dobrych sekund, a następnie odszedł jak gdyby nigdy nic w stronę głośnego zbiorowiska.
Brunetka uświadomiła sobie, że wstrzymywała oddech przez cały ten czas. Wypuściła z ust drżący oddech, niebezpiecznie balansując na granicy płaczu.
Nastolatka spięła się w sobie i, w momencie, kiedy na korytarzu oraz na schodach nikogo nie było, wstała chwiejnie, a zaraz po tym puściła się szaleńczym biegiem na samą górę.
Przed internatem napotkała na swojej drodze parę dziewcząt, które pędziły nieco przestraszone na dół. A ona pobiegła do łazienki, w biegu pocierając amulet.
Przecież o to chodziło od samego początku. O wywołanie powszechnej paniki. O zatrzęsienie solidnymi posadami Akademii. O zburzeniu sielanki. Ale co jej z tego jak ona, sprawczyni, była zdrętwiała od lęku oraz przerażenia? Co jej z tego, że teraz wymiotowała do zlewu, trzęsąc się od głośnego płaczu?
Po chwili spokoju znów napadły ją wymiociny. Czuła jak na dekolcie pojawiła się swędząca wysypka. Jej ciałem ponownie wstrząsnęły konwulsję.
Osunęła się bezwiednie na podłogę, mając tylko słabą nadzieję, że nikt nie wejdzie teraz do łazienki i nie zobaczy jej w takim stanie.
Leżała tak parę minut, wsłuchując się w szumiącą ciszę, aż postanowiła się podnieść, co zakończyło się fiaskiem. Z obrzydzeniem zerwała z siebie amulet i wsadziła go do kieszeni szlafroka.
Nigdy więcej Rephaim nie rozkaże jej zrobić tego ponownie. Nigdy! Była słaba, zmęczona, pusta... Wiele mogła wymieniać, lecz w tamtej chwili chciało jej się po prostu płakać nad swoim losem.
Kiedy się nieco uspokoiła, ponowiła próbę powstania na równe nogi. Cała się chwiała, przez co z jednej z kieszeni wypadła z brzękiem na łazienkowe kafelki puszka z czerwonym sprejem.
Lucy spojrzała zaskoczona na nawet niezaczynane opakowanie. Folia ochronna wciąż tkwiła nienaruszona w swoim miejscu, przy zakrętce.
Drżącymi dłońmi sięgnęła po puszkę.
Jeśli to było w ogóle nieużywane... to czym zostały napisane słowa?
W tym czasie Phillip Higgins odnalazł na błoniach, tuż obok auli, poranione ciało nieprzytomnego woźnego Freda Curtisa z podłużną raną na ręku i obwiązanego wokół dziwnymi kwiatami w odcieniach szkarłatu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz