Ranek nadszedł boleśnie
oraz zbyt szybko, raniąc ostrymi promieniami słonecznymi spuchnięte
oczy jednej z lokatorek pokoju 442, która natychmiast się wybudziła i
gwałtownie usiadła na łóżku. Z potarganami włosami i zdezorientowaniem
malującym się na jej twarzy wyglądała, jakby przespała całe stulecia i
nie miała pojęcia, który właśnie był rok. Nic bardziej mylnego. Brunetka
całą noc niespokojnie przewracała się na materacu, nie potrafiąc
zapomnieć o minionych wydarzeniach, których widok nawiedzał ją za każdym
razem, gdy przymykała powieki. Czuła jak jej ciało ogarniało zmęczenie.
Miała przemożną ochotę zasnąć i chociaż na chwilę znaleźć się w innym
miejscu oraz czasie.
Rzuciła okiem na
spokojnie śpiącą blondynkę ubraną w krótkie spodenki i luźną bluzkę. Pod
jej stopami leżała sponiewierana poduszka, a głowę ułożyła na kołdrze
zwiniętej w niedbały kłębek. Jedna ręka wystawała poza zagłówek, a druga
została wykręcona w dziwny sposób do tyłu, dotykając palcami ściany.
Lustrowała wzrokiem przez chwilę Octavię, zazdroszcząc, że nie miała
żadnych problemów z zaśnięciem w przeciwieństwie do Schneider. Jej
spojrzenie spadło na nogi, kiedy zmiennokształtna nieco je podkuliła, a
dziewczynie rzuciły się w oczy drobne, podłużne i wyglądające na
zrobione zaledwie parę godzin temu ranki z już zaschniętą krwią oraz
lekko zaczerwienione otarcia na łydkach. Czyżby Octavia zacięła się przy
goleniu? Gdyby tak właśnie było, to czemu wciąż widziała ciemne,
krótkie włoski na jej nogach?
Porzuciła te myśli, postanawiając, że później zapyta się o to współlokatorki.
Przez krótką, naprawdę
króciutką, chwilę pomyślała, że wczorajsza noc jej się po prostu
przyśniła. To było chwilowe poczucie ulgi, które pozwoliło Lucy luźno
wypuścić zbierane powietrze z płuc. Jednak później uderzyła ją z impetem
okrutna rzeczywistość, a w gardle poczuła obrzydliwy smak żółci.
Przełknęła ślinę, starając się nie zwymiotować na posłanie. Siedziała
tak jeszcze przez parę minut, schowawszy głowę w podkulonych nogach.
Podniosła się z cichym skrzypem materaca, a jej oczom ukazała się
porzucona na podłodze podomka. Nie musiała nawet sprawdzać kieszeni.
Wiedziała, że świeciły pustką.
Spojrzała na zegar i nie
zdziwiła się, gdy wskazówki zegara wskazywały na godzinę nieco po
szóstej. Chwyciła potrzebne rzeczy do porannego prysznica i wyszła z
pokoju, kierując się ku łazience, gdzie zaledwie kilka godzin wcześniej
wylewała swoje łzy oraz wymiociny.
Dziewczyna miała złudne wrażenie, że minęły długie tygodnie od tamtej chwili, a nie tylko jedna noc.
Popchnęła drzwi, widząc
parę dziewczyn przy umywalkach, wyminęła je i skierowała się prosto do
pryszniców, mając w zamiarze porządne wyszorowania całego ciała z brudów
wczorajszej nocy.
Przymknęła lekko
powieki, czując jak oblewa ją zbyt gorąca woda. Stała tak skulona przez
dłuższą chwilę i nie wiedziała, w którym momencie jej łzy wymieszały się
z pojedynczymi kroplami z lecącego strumienia. Jej nagim ciałem
wstrząsnął szloch, a po plecach przebiegły lodowate dreszcze, pomimo
wysokiej temperatury panującej wewnątrz prysznica. Była jak
sparaliżowana, widząc jak przed oczami staje widok krwistego napisu, a
nad jej głową wybuchają szyby. Wręcz czuła jak ostre drobinki boleśnie
zatapiają się w skórze, tworząc tysiące mikroskopijnych ran.
Krzyknęła
niespodziewanie i odskoczyła od strumienia gorącej wody, kiedy poczuła
jak zaczynała ją parzyć w najczulsze miejsca na ciele. To dzięki temu
bodźcowi odzyskała świadomość, wyrywając ją ze wspomnień, które okazały
się dla niej zbyt realistyczne.
Zakręciła kurek, stojąc omiatana parą wodną i z wielkim mętlikiem w głowie.
Chciała być silna.
Chciała mieć wszystko pod kontrolą. Chciała trzymać na wodzy swoje
uczucia, skrajne emocje i rozbiegane myśli. Chciała mieć silny
charakter. Chciała pozostawać zupełnie niewzruszona na cierpienie i ból,
zupełnie jak Pan. Jednak istniała druga strona medalu. Rephaim był
doszczętnie, aż do szpiku kości, zły.
Czemu ją tak to bolało?
Między innymi, z tego, że nie była na to przygotowana. Nagle spadł na
nią grad uczuć, który całkowicie ją pogrążył. Sunęła się przy cienkiej
granicy dzielącej jej od szaleństwa. Dotąd na nieskalanej złymi
uczynkami duszy powstała pierwsza, głęboka rysa. To był dopiero
początek, a ona miała już dosyć. Przyszedł jej na myśl absurdalny
pomysł, aby zadzwonić do Rephaima i powiedzieć, że chciałaby się z tego
wycofać. Nie było nawet takiej możliwości. Teraz nie istniało już
wyjście. Musiała iść naprzód, mając tylko nadzieję, że, kiedy to
wszystko się skończy, będzie miała nadal resztki duszy, serca oraz
sumienia.
Wyszła spod prysznica,
owijając się puchatym ręcznikiem, a jej ramiona zadrżały od nagłego
uderzenia zimna. Wciąż czuła się brudna, ale szybki prysznic chociaż
trochę ukoił jej zszargane nerwy. Ruszyła krzywym krokiem do umywalek,
ciesząc się, że o tej porze było dosyć mało świadków, którzy mogliby
widzieć jej małe załamanie nerwowe.
— Słyszałaś co się
wczoraj wieczorem stało? — zapytała konspiracyjnym szeptem dziewczyna do
drugiej nastolatki, nieświadoma, że mówiła nieco za głośno i Lucy
wszystko słyszała oddalona o parę metrów. — Ktoś się włamał do szkoły i
zniszczył aulę.
Obdarzona zamarła ze
szczoteczką w buzi, uważnie słuchając rozmowy obu uczennic. Po chwili
uświadomiła sobie, że takie stanie w bezruchu wyglądało bardzo dziwnie,
więc zaczęła powoli szorować zęby.
— Co?! Skąd o tym wiesz? — pisnęła zdumiona wieściami przyniesionymi przez jej koleżankę. — To niemożliwe!
— A jednak — westchnęła
ciężko jej rozmówczyni. — Słyszałam od Karen, której udało się wtedy
wejść do sali, bo później wygoniła ich Schroeder i już nikomu nie
pozwalała wchodzić.
— Jak... jak ten ktoś — tu głos wyraźnie zadrżał — się tutaj dostał? Przecież szkoła jest strzeżona!
— Magia — rzekła to tak,
jakby to była jedyna, słuszna odpowiedź na to pytanie. — Karen
podsłuchała, że to musiał być czarodziej. A wiesz, że im łatwo jest
wszystkich omamić.
— To jest straszne. O co znów im chodzi? Nie wystarcza im to, że i tak nami się wysługują?
W pewnym stopniu poczuła
ulgę, że nie istniały żadne podejrzenia, że to ona za tym stała. Jednak
wciąż trzymała na ramionach ciężką i przytłaczającą świadomość, iż
tylko ona znała okrutną prawdę.
— Wiesz co ten ktoś
napisał na ścianie? — tu zrobiła krótką przerwę, sama łapiąc głęboki
oddech — „Strzeżcie się, nieczyści" Rozumiesz? Jesteśmy nieczyści,
brudni... — Dziewczyna wydawała się być na skraju płaczu, jej głos
drżał, podobnie jak jej ciało. — Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy
ONI przestaną?
Rozmówczyni podzieliła jej nastrój i na twarz wpełzł jej szok wymieszany z niepokojem oraz lękiem.
— Dyrektor jest już w
szkole? Wie o tym wszystkim?! Niech coś z tym zrobi! Tak-tak nie
mo-można robić — kilka razy załamał jej się głos, lecz dalej mówiła.
Obie stały jak
sparaliżowane i zlęknione, a Schneider poczuła wielki żal oraz wstyd za
swoje uczynki. Ale... nie miała wyboru. Była podle zmuszona, boleśnie
przyparta do ściany. Jednak nawet z takimi argumentami, nie poczuła się
ani trochę lepiej.
Splunęła pianą do
umywalki, czując, że i ona sama się rozpłacze. Wypłukała usta,
pozbierała manatki, po czym wyszła szybkim krokiem z łazienki wspólnej,
ani razu nie oglądając się za siebie.
Pierwsze lekcje minęły
dosyć pośpiesznie. Wiedza o stworzeniach magicznych, kontrola nad
żywiołami oraz biologia były typowo organizacyjne, więc Lucy nie musiała
jakoś szczególnie skupiać swojej uwagi na trwających zajęciach, choć
powinna.
Lunch zjadła w ciszy
wraz z Octavią, która także milczała, co było dziwną odmianą w
porównaniu do otaczającego ich gwaru w stołówce. Dziś numerem jeden był
temat auli.
Krótko przed
rozpoczęciem pierwszych lekcji, z radiowęzła wypłynęła krótka
informacja, której sens był taki, że pomieszczenie było tymczasowo
zamknięte i nie trzeba mieć żadnych powodów do zmartwień. Jeśli
zmartwienia przedstawiały się jako grupa ludzi z mieniącymi się na
piersi odznakami, którzy kręcili się przez cały dzień na parterze, to
tak, wszystko było w najlepszym porządku. Tak czy siak, większa część
uczniów wiedziała co się właściwie stało w nocy. Oczywiście, nieco z
pozmienionymi faktami, dopowiedzianymi półsłówkami oraz ubarwionymi
niektórymi szczegółami, ale wiedzieli. I nie trudno o zdziwienie, że
niektórzy połączyli cały ten bajzel ze zniknięciem Pleśniaka, lecz i im
brakowało jednej istotnej części w całej tej misternej układance. Jednak
zaczął się nowy rok szkolny (z małym przytupem), więc wszyscy musieli
odstawić teorie spiskowe na bok i powoli skupiać się na nauce, która
pojawiała im się na horyzoncie.
Wychowanie fizyczne
stanowiło niemałą przeszkodę dla obdarzonej. Richard Mecinski, bo tak
nazywał się ich trener, zarządził krótki bieg na stadionie na
rozgrzewkę. Schneider musiała zepchnąć wszystkie swoje problemy na
dalszy plan i skupić się na równomiernym przebieraniu nogami, i przy
okazji nie zapomnieć o oddychaniu.
Nastolatka nie była
jakoś szczególnie wysportowana, dlatego wtedy, kiedy przed nią wyrósł
potężny płomień ognia i zajął całe pole widzenia, wpadła wprost w jego
serce. Już zmysłami czuła jak pożerały ją okrutne, płonące języki. W
myślach odmawiała pożegnalną litanię, gdy nagle zdała sobie sprawę, że
po prostu leży na murawie w towarzystwie licznych krzyków. Otworzyła
delikatnie oczy i nigdzie nie dostrzegła szalejącego wcześniej ognia, za
to z łatwością mogła stwierdzić, że nie tylko jej to się przewidziało.
Wszystkie inne uczennice także leżały, wydając z siebie agonalne
odgłosy, jakoby umierały zjadane przez płomienie.
— Wstawać! Nie umieracie
przecież! — wrzasnął Richard Mecinski z drugiego końca stadionu. —
Ruszać się, dziewuchy! To tylko mały ogień!
Na tej lekcji nauczyła
się jednej, aczkolwiek bardzo ważnej rzeczy, którą z pewnością zapamięta
na przyszłe miesiące, jak i nie lata.
Lepiej nie irytować
trenera Mecinskiego, bo jego zemsta może być cholernie bolesna. Na
przykład? Uciekanie przed stadem dzikich, wygłodniałych kotów. W czasie,
gdy Richard śmiał się do rozpuku, siedząc na swoim krzesełeczku,
wszystkie uczennice biegły w panice i amoku w stronę szatni, gonione
przez tabun rozwścieczonych zwierząt.
Ach, te zalety posiadania umiejętności imaginacji.
Poobijana oraz zmęczona
dziewczyna z licznymi siniakami na ciele ruszyła na historię prowadzoną
przez Charlesa Fitzgeralda. Miała tylko małą nadzieję, że chociaż on
okaże się normalnym nauczycielem.
Tuż po dotarciu do klasy
dziewczyna klepnęła z ulgą na wolne krzesło i zaczęła się rozpakowywać.
Wyciągnęła długopis, kołozeszyt o kolorze liliowym oraz opasły wolumin
historii wzięty w biegu zaledwie chwilę temu z pokoju w internacie.
Nagle poczuła, że ktoś
puka delikatnie w jej ramię. Odwróciła się, a jej wzrok napotkał
chłopaka o ciemnym włosach zwijających się w krótkie loczki i mętnych
oczach.
— Cześć, zechciałabyś mi poż-
Urwał w połowie zdania, bo dopiero zauważył jak konkretnie wyglądała dziewczyna.
— Co ty taka czerwona? — Przechylił głowę na bok, zapominając kompletnie o swojej wcześniejszej, niedokończonej prośbie.
— Co? — Spojrzała na
niego, nie rozumiejąc jego słów. Dopiero po chwili przypomniała sobie,
że miała zajęcia wychowania fizycznego i pojęła sens słów nastolatka. —
Co, proszę? — powtórzyła z nutką agresji, mrużąc niebezpiecznie oczy.
— No taka... — zamyślił
się krótko, dostrzegając niepozytywną reakcję brunetki. — Rumiana —
palnął głupio i w następnej chwili pożałował, gdy dziewczyna zacisnęła
zęby.
— Miałam wuef —
burknęła, poprawiając potargane włosy. — Przepraszam najmocniej, że nie
wyglądam jak miss świata, po tym jak uciekałam przed stadem dzikich
kotów.
Czarnowłosy parsknął śmiechem, a dziewczyna pomyślała, że uśmiercenie jego nie było złym pomysłem.
— Przepraszam! Nie
miałem nic złego na myśli — odparł, podnosząc obie dłoni w geście
kapitulacji. — Widzę, że zdążyłaś już poznać trenera Mecinskiego.
— Cudowna persona —
prychnęła z ironią, czując jak powoli schodziła z niej złość. W sumie
sama nie wiedziała czemu tak gwałtownie zareagowała. Może to przez
ostatnie wydarzenia? — Z cudownym darem — dodała, już mniej wrogo.
Chłopak pokiwał energicznie głową, a w jego ciemnych oczach tańczyły iskierki rozbawienia.
— O tak, to prawda. Wspaniały nauczyciel. Stosuje zaskakująco skuteczne metody wychowawcze.
Westchnęła lekceważąco.
Na końcu języka miała już przygotowaną odpowiedź, ale w tym momencie do
sali wszedł pewnym krokiem nauczyciel. Stanął pośrodku z uniesionymi
rękami.
— Witam wszystkich tutaj
zebranych! Jak tam pierwszy dzień szkoły? — Odpowiedziało mu parę
pomruków, których nie dało się jednoznacznie zinterpretować; uśmiechnął
się. — Jestem całkowicie pewny, że lekcje historii spodobają wam się
najbardziej ze wszystkich! Wyobraźcie sobie tylko, że wkraczacie właśnie
do pięknego świata historii. Magia i jej geneza, wiek dziewiętnasty,
słynni nadnaturalni i ich osiągnięcia... Tyle tematów do omówienia! —
zawołał radośnie, a po klasie przetoczył się protestujący jęk. — I tak
mało czasu... Ale to nic! Damy radę omówić je wszystkie ze szczegółami
do końca roku szkolnego.
Lucy siedziała cicho, bo
czuła, że była jedyną osobą w sali, oprócz samego nauczyciela, która
obdarzała choćby małą sympatią ów przedmiot szkolny.
— Nazywam się Charles
Fitzgerald i jestem naprawdę dumny, że będę was nauczał. Zacznijmy może
od początku, czyli co was czeka w tym roku szkolnym...
Mówił, mówił i nadal
mówił. Po pół godzinie nastolatka była śmiertelnie znudzona. Lekcje
organizacyjne nigdy nie były jakoś szczególnie ciekawe. Rozejrzała się
po pomieszczeniu. Dostrzegła wiele uczniowskich twarzy wykrzywionych w
znużeniu, jednak jedna z nich wyrażała całkiem odmienne emocje.
Nieznajomy chłopak o
chorobliwie bladej cerze słuchał z uwagą słów historyka, co świadczyło
lekkie zmarszczenie brwi, a jego chude palce jeździły po gładkim blacie
ławki, jakby starał się tym gestem jeszcze bardziej skupić. Odziany w
czarną bluzkę z długimi rękawami, która opinała jego muskularne ramiona,
wyglądał na nieufnego i zdystansowanego.
Ciemnowłosy wyczuł na
sobie jej wzrok. Z niewzruszoną miną obrócił ku jej głowę. Wpatrywali
się w siebie przez dłuższą chwilę, póki chłopak nie wygiął ust w lekkim
uśmiechu, a brunetka nie oderwała od niego spojrzenia z zaskoczeniem.
Po karku przeszedł jej zimny dreszcz. To był chłopak ze schodów. To on.
Nieprzyjemne wspomnienia ponownie napadły na jej umysł.
Czy chłopak ją widział?
To było niemożliwe, ale czuła w sobie ten tlący się niepokój. Założyła
amulet, więc teoretycznie nie miał nawet szans jej przejrzeć.
Teoretycznie, a co z praktyką?
Nie wiedziała i nie
chciała tego sprawdzać. Artefakty były już dobrze schowane, a ona na
razie nie miała ochoty nawet do nich podchodzić.
Zabrzmiał dzwonek, który
doszedł do niej dopiero po chwili. Z ulgą zaczęła się pakować (nadal
czuła na sobie wzrok tamtego chłopaka), a gdy z jej dłoni wyślizgnął się
kołozeszyt i spadł z plaskiem na podłogę, miała ochotę się walnąć
porządnie w głowę.
— Upadł ci. — Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się nastolatek, z którym rozmawiała przed lekcją. W ręku trzymał jej zeszyt.
— Co ty nie powiesz,
geniuszu — odparsknęła, biorąc od niego jej własność. Wstała i ruszyła
do wyjścia, a za nią podążał, niczym cień, jej nowy znajomy.
— Ale z ciebie wredota. —
Pokręcił głową z niedowierzającym wyrazem twarzy, rozsypując loki na
wszystkie strony. — Chcę być po prostu miły, a ty tak się odwdzięczasz.
— Słuchaj, nie mam nastroju na takie przepychanki. Po prostu chcę iść na lekcję natury...
Chłopak klasnął w dłonie z entuzjazmem.
— Też mam teraz naturę! Patrz jak się miło złożyło!
Lucy posłała mu spojrzenie mówiące wyraźne „Daj mi spokój", ale brunet nieprzerwanie szedł obok niej.
— Jestem Douglas. Douglas Sherman.
— Lucy Schneider.
— Jesteś z Europy? — Spojrzał na nią z ukosa. Dziewczyna pokręciła głową, a rozwalone włosy jeszcze bardziej się potargały.
— Nie nazwałabym małego miasteczka w Pennsylwanii Europą, ale jak sobie chcesz.
— Wyglądasz mi na Niemkę.
— Dzięki? — Zmarszczyła czoło, zastanawiając się do czego właściwie Douglas pił.
Znów parsknął śmiechem, a ona wywróciła oczami. Działał jej nieco na nerwy.
— Och, przestań się śmiać.
Nie posłuchał się jej,
więc dziewczyna przyśpieszyła kroku i zostawiła go daleko w tyle. Na
szczęście, nie przyszedł mu pomysł dogonięcia brunetki. Szybko pobiegła
do internatu żeńskiego, by zostawić niepotrzebne książki, po czym
ruszyła na następną lekcję, jaką była natura w teorii.
Jak wcześniej słusznie
podejrzewała, w klasie czekał na nią nowopoznany kolega oraz, tuż obok
niego siedzący, Elliott. A co najdziwniejsze, oboje ze sobą tak
swobodnie rozmawiali, że Lucy była w stanie stwierdzić, iż znali się od
dawna.
— Idzie nasza nietolerancja laktozy! — zawołał ogniokrwisty, a Schneider pacnęła się otwartą dłonią w czoło.
— Naprawdę? Teraz
będziesz mnie tak nazywać? — prychnęła, siadając przed Elliottem. —
Myślałam, że nie masz znajomych. — Wskazała oskarżycielsko na Douglasa.
— To było aktualne tylko do dzisiaj. Lucy, poznaj mojego nowego przyjacie-
— Już się poznaliśmy — odparła ze skrzyżowanymi rękoma. — Na historii.
Twarz Elliotta rozjaśnił jeszcze szerszy uśmiech, który sięgał już do uszu.
— To cudownie! Ach, szkoda, że nie ma z nami Tavi.
— Kto to Tavi? — zapytał Douglas, przysuwając się jeszcze bliżej do przyjaciela i dziewczyny.
— Współlokatorka Lucy. Umie się przemienić w sowę! Świetne, co nie?
Obdarzona wywróciła oczami i przestała kompletnie słuchać ich paplaniny.
Wkrótce do sali wszedł
mężczyzna, który bez żadnych ceregieli i krótkiego przywitania rzucił na
biurko stos papierów, po czym odwrócił się w stronę siedzących uczniów.
Jego uważny oraz surowy wzrok przeszył wszystkich na wskroś, a
Schneider nie mogła odpędzić się od wrażenia, że na niej nauczyciel
przytrzymał spojrzenie nieco dłużej.
— Proszę o powstanie wszystkich uczniów obdarzonych wodą. Niezależnie od klasy.
Rozległo się szuranie
odsuwanych krzeseł i wstało zaledwie pięciu uczniów, a w tym Douglas.
Wychowawca skinął do nich głową, aby usiedli.
— Teraz ogień.
Tym razem na nogi podniósł się Sanford oraz czwórka innych uczniów. Po chwili również i oni powrócili na swoje miejsca.
— Wiatr?
Lucy automatycznie
podniosła się z siedzenia, a wraz z nią dwie dziewczyny oraz jeden
chłopak. Spojrzała pytającym wzrokiem na starszego mężczyznę, ale on
zdążył już niemo rozkazać usiąść.
— Na koniec, ziemia.
Kolejna piątka uczniów
powstała, a z niej brunetka nikogo nie kojarzyła ani nie znała. Kiedy
ucichły odgłosy przysuwanych krzeseł, nauczyciel postanowił zabrać
ponownie głos.
— Jak niektórzy z was
już słusznie zauważyli, jest was po pięć osób na każdy żywioł. Czyli
daje to dwudziestkę młodych, prawdopodobnie wysoce nieodpowiedzialnych
oraz odpowiednio niewyedukowanych nastolatków. Zapytacie się, czemu
zwracam uwagę na taki, niby nic nieznaczący, szczegół, huh? Powodów jest
kilka, ale powiem wam tylko o jednym, bo w tej chwili jest
najważniejszy — zapauzował, aby wziąć oddech. — Wszyscy jesteście równi.
Jeden żywioł nie jest wcale lepszy od drugiego. Każdy z was zaczyna z
tego samego punktu, a kończy również na tym samym. Zapomnijcie o
klasach. Zapomnijcie, że macie w posiadaniu inne moce. Wszyscy jesteście
obdarzonymi i nic, ale to nic, tego nie zmieni. Dlatego nie będę
tolerował tutaj kłótni na tle zdolnościowym ani żadnego wywyższania
ponad tłum. Mam nadzieję, że wszyscy doskonale mnie zrozumieli. Ktoś
może ma jakieś wątpliwości? — Przebiegł szybko wzrokiem po twarzach
uczniów, wcale nie oczekując od nich żadnej odpowiedzi. — Dobrze. Jestem
Phillip Higgins. Nauczam w Akademii imienia Doriana Waltera dwóch
przedmiotów takich jak: natura w teorii oraz kontrola nad mocami.
Piastuję również stanowisko wicedyrektora. Jestem pełny nadziei, że ten
rok szkolny będzie dla was owocny w naukę oraz sukcesywne pozyskiwanie
wiedzy.
Tuż po zakończeniu lekcji natury, obdarzona powędrowała sprężystym krokiem w stronę stajen.
Kompleks budynków
znajdował się za szkołą, tuż przed linią lasu, kierując się na północny
zachód. Była to prosta budowla, bez żadnych zdobień i o ciemnoszarym,
ostro zakończonym dachu. Wokół okien zamontowano drewniane okiennice,
aby dodać mu sielskiego charakteru, a kiedy ktoś wchodził do środka,
mógł poczuć unoszący się w powietrzu specyficzny zapach ściółki. Do
stajen prowadziła kręta ścieżka wysypana małymi kamyczkami, a wzdłuż
niej rósł rządek niskich kwiatów o długich, mięsistych łodygach, których
Lucy nigdy dotąd nie widziała na oczy.
Kompleks od góry układał
się w kanciastą literę U o ciemnoszarym dachu. Jego przerwa znajdowała
się przy wylocie wprost do lasu, gdzie znajdowała się trasa stworzona do
przejażdżek na bajecznych wierzchowcach, jakimi były jednorożce.
Dotarłszy, zauważyła, że
na małym dziedzińcu, przy jednej ze stajen z szeroko otwartymi drzwiami
na oścież, czekała już na nią grupka uczniów, którzy stali porozbijani w
różne grupki i rozmawiali z podekscytowaniem. Lucy uznała ich za swoją
grupę, po czym stanęła obok dwóch głośno plotkujących dziewczyn. Na
przyjście nauczyciela nie musiała długo czekać – już po trzech minutach w
drzwiach pojawiła się drobna postać kobiety.
— Witajcie, kochani! —
zaćwierkała, podchodząc do nastolatków tanecznym krokiem. — Nazywam się
Eleonora Carpenter i będę waszym instruktorem jeździectwa. Na początku
muszę koniecznie wspomnieć, że jednorożce to delikatne oraz subtelne
stworzenia, więc będziecie musieli naprawdę ostrożnie się z nimi
obchodzić. Łatwo je obrazić czy zranić. A one długo trzymają w sobie
urazę. — Posłała wszystkim radosne spojrzenie. — A więc! — Klasnęła, po
czym odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi budowli. — Chodźcie za
mną! Znalazłam wam już miłą robótkę!
Lucy ruszyła za kobietą, zastanawiając się jaka to miała być „miła robótka".
Ów pracą okazało się
sprzątanie pustych boksów. Każdy z uczniów został wyposażony w długie
kalosze, czterozębne widły o długim trzonku, taczkę oraz pocieszające
słowa Eleonory.
„Sprzątanie po swoim wierzchowcu jest bardzo ważne! Oj, nie marudźcie tam! Przyzwyczaicie się do zapachu, kochani."
I gdzieś znów zniknęła,
ale Lucy już było wszystko jedno, bo skupiła się na zrzucaniu starej
wyściółki do taczki. Czynność tak ją pochłonęła, że nie obejrzała się, a
już minęło ponad pół godziny. Nawet nie przeszkadzał jej smród, który
nieprzyjemnie szczypał ją w nos. Mimo że jednorożce uznawane były za
wspaniałe stworzenia, to ich kupy nie były równie piękne.
U progu, już czystego i
wyłożonego świeżą ściółką, boksu pojawiła się postać nauczycielki
trzymającej za skórzane lejce dorosłego jednorożca.
— Poznaj Vincenta. Jest przepiękny, nieprawdaż?
Schneider z szeroko otwartymi oczami pokiwała głową. Pierwszy raz w życiu widziała jednorożca.
Okazały róg o spiralnym
kształcie, rosnący na środku czoła lśnił delikatną poświatą i nadawał
zwierzęciu niezwykłej aury. Krótka sierść mieniła się mieszanką
liliowego oraz jasnego różu. W niektórych miejscach na ciele widniały
drobne, bladobłękitne plamki w rozmaitych kształtach, które tylko
potęgowały urok. Długa, rozwichrzona grzywa jarzyła się perłowym
blaskiem, podobnie jak ogon. Osobnik wyglądał, jakby znajdował się w
sile wieku.
Nic dziwnego, że
nastolatka zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Oczywiście,
pozostałe jednorożce także powalały na kolana swoją wrodzoną
dostojnością, szlachetnością oraz pięknem, ale jej zdaniem nie dorastały
mu do pięt.
Stworzenie weszło do legowiska i ruszyło od razu w kierunku jedzenia.
Początkowa faza
zachwytów nad Vincentem minęła i Schneider chciała już cofnąć swoje
słowa zaledwie po dwudziestu minutach, kiedy to musiała jeszcze
dokończyć sprzątanie, a jednorożec znacznie jej to utrudniał, wymachując
gwałtownie ogonem i ciągle kręcąc się w miejscu, przy okazji donośnie
rżąc i dźgając ją rogiem. Zwierzę zdawało się być bardzo niezadowolone z
jej obecności pomimo jej usilnych starań nieprzeszkadzania mu w
spożywaniu posiłku.
Kiedy wszystkie
wierzchowce bezpiecznie znalazły się już w boksach, Eleonora zwołała
zmęczonych uczniów na krótką naradę na skwerze.
— Dobra robota, kochani!
Jestem z was naprawdę dumna. Świetnie sobie poradziliście z takim
wyzwaniem. Właśnie się zastanawiałam... I postanowiłam, że już ktoś
dzisiaj będzie mógł zasiąść na swoim jednorożcu na małą jazdę próbną.
Oczywiście, będę miała wszystko pod kontrolą, więc nikt nie musi się
martwić. No to kto tu będzie tym szczęśliwcem...? — Rozejrzała się po
grupie, po czym wyłowiła wzrokiem osobę, która do tego, jej zdaniem,
nadawała się najlepiej. — Ty!
Wskazała palcem na Lucy,
po czym zachęcająco kiwnęła głową, gdy nastolatka spojrzała na nią z
autentycznym przerażeniem w oczach.
— Ja? — zapytała się, mając nadzieję, że Eleonora wybrała kogoś innego, a nie akurat ją.
— Tak, ty!
Kobieta nie wzięła pod
uwagę tego, że mogą przydarzyć się pewne komplikacje z Vincentem, który
nigdy nie był jakimś szczególnie spokojnym jednorożcem, a wręcz
przeciwnie – miał wielki temperament. No i też nie pomyślałaby, że
ucieknie w siną dal wraz z przerażoną, siedzącą na jego grzbiecie
uczennicą.
Obdarzona miała pewne
wątpliwości czy przejażdżka na pierwszych zajęciach jeździectwa była
dobrym pomysłem. Nigdy nie jeździła na koniach, a tym bardziej na
jednorożcach. No i jej przypuszczenia niestety się sprawdziły.
Gdy tylko usiadła z
pomocą Eleonory na Vincencie, ten pomknął jak burza do przodu przez
niezamkniętą bramkę w kierunku lasu, zostawiając za sobą grupkę
zaskoczonych uczniów i równie zdziwioną nauczycielkę.
Nastolatka nie widziała nic, oprócz rozmazanych kształtów ciemnozielonych drzew oraz bladego błękitu nieba.
Trzymała się kurczowo
szyi wierzchowca, starając się nie spaść z siodła. Zacisnęła uda na jego
bokach, kiedy poczuła, że przekręcała się niebezpiecznie w bok.
Vincent nadal pędził
przed siebie, jakby znał doskonale trasę i nie musiał nawet się
zastanawiać, gdzie miał skręcać. Postanowił zatrzymać się dopiero na
okrągłej polanie otoczonej zewsząd wysokimi, strzelistymi drzewami.
Zarył nagle kopytami w
ziemię, a Lucy z wrzaskiem poleciała do przodu. W ostatniej chwili
chwyciła się łba Vincenta. Jednorożec gwałtownie strząsnął z siebie jej
ręce z donośnym parsknięciem, a ona, nie spodziewawszy się takiego
ruchu, rozluźniła uścisk. Upadłaby sromotnie, gdyby nie stopa, która
zaplątała się w lejce. Dyndała teraz jak głupia z dziwnie wykręconą nogą
przez siodło i z mocno zaciśniętymi powiekami.
A w tym czasie Vincent zainteresował się nieopodal rosnącymi kwiatkami, totalnie ignorując wiszącego intruza na jego grzbiecie.
Lucy miała wrażenie, że
powoli spływająca krew do głowy zaraz ją rozsadzi od środka. Spętana
stopa zaczęła mrowić nieprzyjemnym, tępym bólem. Dziewczyna zaczęła się
rozpaczliwie szamotać, aby jakoś polepszyć swoją beznadziejną sytuację,
ale to nic nie dało.
— Cholerny Vincent! — warknęła z trudem, a jednorożec głośno zarżał i uderzył ją swoim bokiem. Niebezpiecznie się zakołysała.
Wisiała tak, dopóki z
odsieczą nie dotarła nieznajoma dziewczyna na swoim wierzchowcu. Na
widok Lucy, krzyknęła z ulgą, po czym od razu rzuciła się z pomocą.
Najpierw w pośpiechu odwiązała zaplątaną stopę, a później pomogła
obolałej Schneider usiąść na ziemi.
— Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Nic cię nie boli? — pytała gorączkowo, ostrożnie przytrzymując ją za ramiona.
— Boli mnie stopa — wychrypiała ledwo przez zaciśnięte gardło. — I głowa.
Nieznajoma pokiwała w zrozumieniu głową.
— Dobrze, że nic
więcej... Vincent! — zawołała ze złością na głównego sprawcę wypadku,
który postanowił, jak gdyby nigdy nic, uciec z miejsca zdarzenia. — Co
za typ! — prychnęła ze złością. — Naprawdę jest mi przykro, że musiałaś
natrafić akurat na niego.
— Po prostu się nie
polubiliśmy — westchnęła z bólem, rozmasowywując obolałą stopę. — A ja
mu dzisiaj tak ładnie wysprzątałam boks. Cholerna szkapa... Znaczy
jednorożec.
— Dasz radę może wstać? Zawiozłabym cię do skrzydła szpitalnego. Na pewno coś zaradzą na tę nogę.
Dziewczyna niepewnie
skinęła głową, po czym wstała o własnych siłach. Dopiero wtedy, kiedy
stała już na nogach, zwróciła uwagę na wygląd nieznajomej.
Jej wybawicielka nie
wyglądała na typowo ułożoną oraz spokojną nastolatkę. Świadczyły o tym
czarne, kręcone i częściowo rozwichrzone przez wiatr włosy, opadając
gęsto na jej obydwa ramiona. Twarz o gładkich brzegach przypominała
mieszankę kawy z mlekiem. Z pewnością uwagę przyciągała para piwnych
oczu oraz szerokie usta, które teraz były rozciągnięte w pół-uśmiechu. A
kiedy stanęła obok Schneider – przewyższała ją co najmniej o głowę.
— Á propos, jestem Liza —
przedstawiła się dopiero, gdy podsadziła Lucy na grzbiet swojego
bladoróżowego wierzchowca. — A to moja ulubienica, Andromeda.
— Lucy.
Andromeda w porównaniu
do Vincenta słuchała się swojej opiekunki i od razu ruszyła z miejsca
galopem. Do stajni dotarły zaledwie po paru minutach, między innymi
dzięki super orientacji w terenie Lizy, która czuła się jak ryba w
wodzie, będąc w swoim żywiole, jakim było jeździectwo.
Na miejscu powitała przerażona do granic możliwości Eleonora Carpenter, która wyglądała, jakby miała zaraz wyjść z siebie.
— Na Boga, dziecko! Nic
ci nie jest? — wykrzyknęła na widok Lucy, która z pewną trudnością
zeszła z siodła Andromedy, kiedy wreszcie przystanęli. Od tego szybkiego
przemieszczania się rozbolał ją brzuch.
— Znalazłam ją na
polanie obok jaskiń — oznajmiła Liza, która co raz rzucała uważne
spojrzenie na nastolatkę. — Zabiorę ją do skrzydła szpitalnego. Zrobiła
sobie coś w stopę.
Odprowadziła jednorożca
do stajni, a w międzyczasie Eleonora kazała Lucy usiąść na ławce w
przedsionku. Bombardowała ją troskliwymi pytaniami o jej stan, do czasu
powrotu jej wybawicielki.
Parter akademii był teraz opustoszały. Obie dziewczyny przyjęły to ze zdziwieniem, ale żadna tego nie skomentowała.
W skrzydle szpitalnym
zajęła się nią młoda pielęgniarka, która chciała, aby została tam na noc
(„Lepiej mieć ciebie na oku."), ale udało się jakoś przekonać ją, że
dzisiejszą noc spędzi u siebie w pokoju. Z opatrzoną stopą ruszyła w
stronę internatu żeńskiego pod ramię z Lizą.
— O, mój pokój. —
Wskazała na drzwi, a obie przystanęły pod nimi. — Dzięki wielkie za
pomoc. Nie wiem co by było, gdybyś mnie wtedy nie znalazła.
Twarz Lizy rozświetlił szczery uśmiech.
— Do usług! Mam
nadzieję, że Eleonora zmieni ci Vincenta na jakiegoś potulniejszego
jednorożca. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że to zrobił...
Szybko się pożegnały, po
czym Lucy weszła do środka, gdzie zastała czytającą książkę
współlokatorkę ubraną w szeroką bluzkę, która głosiła neonowym hasłem:
„Najlepsza wnuczka na świecie" i szare legginsy. Na stopy postanowiła
założyć czerwone crocsy.
— Lucy! Co się stało? — wykrzyknęła zaskoczona na widok poobijanej koleżanki z potarganymi włosami i utykającej na jedną nogę.
— Wiele rzeczy. — Wzruszyła lekceważąco ramionami, kierując się ku łóżku. — Miałam mały problem na jeździectwie.
— Spadłaś z jednorożca...? — bardziej stwierdziła niż zapytała.
— No, nie do końca. Ja WISIAŁAM na nim.
Octavia wybuchnęła śmiechem, słysząc słowa współlokatorki.
— Żartujesz? — odezwała się pomiędzy kolejnymi napadami śmiechu. — Aż tak cię zwierzęta nienawidzą?
Lucy rzuciła rozbawionej
koleżance ponure spojrzenie. Nie było jej za bardzo do śmiechu, między
innymi z powodu bolącej nogi, która teraz postanowiła promieniować
jeszcze gorszym bólem.
— Dzięki — mruknęła pod
nosem, układając się w pozycji leżącej. — Jestem strasznie ciekawa
jakbyś ty się zachowała na moim miejscu.
Uspokoiwszy się nieco, zmiennokształtna posłała jej przepraszające spojrzenie. Odłożyła książkę na szafkę nocną, po czym wstała.
— Wybacz. Nie mogłam się powstrzymać.
Lucy w odpowiedzi przewróciła się na brzuch, kryjąc twarz w poduszce.
Obdarzona nawet nie
miała czasu, aby zastanowić czemu dzisiejszy dzień był taki feralny. Od
niedawna jej życie przedstawiało się jako jedna, wielka, chodząca
porażka. A wszystko to zaczęło się od jej ostatnich urodzin.
Czuła, że jej spięte
mięśnie powoli się rozluźniają, a umysł przyćmiewała mgiełka snu. Z
wymalowanym spokojem na twarzy zapadła w płytką drzemkę, która miała się
brutalnie przerwać, tuż po wyjściu z pokoju jej współlokatorki.
Telefon zaczął dzwonić donośnym, nieprzerwanym alarmem, wyjąc nad jej głową niczym jak straż pożarna.
Ze snem na powiekach
zaczęła poszukiwania źródła nieprzyjemnego hałasu. Wywalając jakąś
książkę z szafki nocnej, znalazła przeklęty smartfon.
— Słucham? — zapytała nieprzytomnie, bo nawet nie spojrzała na wyświetlacz, tylko od razu odebrała.
— Lucy, kochanie, jak
się czujesz? — Ze słuchawki wydobył się podekscytowany głos
czarodziejki, a zdziwiona nastolatka nagle podniosła się na łóżku.
— Meredith?! Jejku, jak się za tobą stęskniłam! — zawołała już w pełni rozbudzona.
Kobieta zaśmiała się perliście.
— Opowiadaj, jak w szkole? Poznałaś już jakieś miłe osoby?
Głos Meredith przywrócił
Lucy do świata żywych i nawet nie mogła opisać tego, jak się właśnie
czuła. Jej rozbiegane myśli zaczęły obracać się tylko wokół jej dawnej
opiekunki.
Zaczęła jej żywiołowo
opowiadać o Octavii (o Elliocie oraz Douglasie postanowiła jeszcze nie
wspominać), o szkole, o dzisiejszym zakręconym dniu, a gdy przeszła do
wczorajszego, jej żołądek zacisnął się w ciasny supeł.
Kompletnie zapomniała.
Jak mogła zapomnieć? Jak mogła się tak cieszyć tym dniem? Jeszcze
rankiem rozpamiętywała tamtą noc, a teraz? Gdyby nie rozmowa z
Meredith... Lucy nadal myślałaby, że jest zwykłą nastolatką.
A widziała na własne
oczy tłum krążący na parterze, na korytarzu obok auli. Usłyszała poranny
komunikat. Schodząc na lunch, dostrzegła dyrektora, który rozmawiał z
członkami rady nadzorczej. I co wtedy zrobiła? Odwróciła wzrok, wpajając
sobie, że to był porąbany sen. Że to nie ona była sprawczynią tego
rozgardiaszu.
Odchrząknęła z trudem. Nastała cisza w słuchawce.
— Gdzie jest Rephaim?
Teraz z kolei z odpowiedzią wstrzymywała się Meredith. Dopiero po chwili postanowiła zabrać głos.
— W Nowym Jorku.
Wyjechał załatwić ważne sprawy — odparła sztywno, jakby chciała jak
najszybciej zakończyć ten temat. Jednak Lucy na to nie pozwoliła.
— Czy-czy to ma związek z... tym co wczoraj zrobiłam? — Jej głos drżał.
Przeciągająca się cisza była tylko potwierdzeniem jej domyśleń.
— Czy Pan był zadowolony? Wszystko dobrze zrobiłam?
— Tak. Lucy... — zaczęła, ale przerwała jej nagle rozzłoszczona dziewczyna.
— Dlaczego dzwonisz? Bo
nie sądzę, że nie bez powodu. Mam znów kogoś zamordować? Mam znów wypić
ten-ten eliksir, po którym nic nie pamiętam? — wypluwała z siebie słowa z
szybkością karabinu.
— Lucy, uspokój się — poprosiła łagodnie czarodziejka, choć nie przyniosło to żadnego skutku.
— Okłamałaś mnie.
Powiedziałaś mi, że to tylko polepszy moją siłę. Szkoda, że wtedy nie
wspomniałaś, że zamienię się w potwora! — ciągnęła nieprzerwanie
rozżalona dziewczyna. — Wiesz, jak się wtedy czułam? Jak się obudziłam z
tego.... transu?
— Mogę to sobie
wyobrazić, Lucy. Przepraszam, ale naprawdę musiałam tak uczynić. W innym
przypadku, w życiu nie wzięłabyś eliksiru! A nie chciałam cię wtedy
narażać na rozmowę z Rephaimem...
Nastolatka prychnęła kpiąco.
— Och, no tak. Rephaim to, Rephaim tamto. Jak już wiesz, umiem sobie z nim poradzić. Nie musisz mnie chronić.
— Lucy — jęknęła. — Przestań. Nie masz o niczym pojęcia!
— No bo nie chcesz mi o niczym powiedzieć!
Schneider usłyszała jak po drugiej stronie słuchawki rozległo się zmęczone westchnięcie.
— To nie czas ani pora na takie rozmowy.
— Dobra, okej. Niech tak
będzie. Ale chcę mieć na razie spokój. Nie obchodzi mnie co znów
wymyśliłaś z Rephaimem i co miałam znów zrobić. Chcę mieć święty spokój!
— prawie wykrzyczała ostatnie słowa.
— Powinnaś się
przyzwyczajać do takich rzeczy, Lucindo. — Jej ton momentalnie się
zmienił na bardziej ostry i oschły. — I nie, zadzwoniłam, aby dowiedzieć
się jak się czujesz w nowej szkole. Rephaim odezwie się do ciebie za
kilka dni. Miłej nauki.
Dziewczyna z
niedowierzaniem ściskała w dłoni telefon, długo po zakończeniu rozmowy. Z
wściekłością cisnęła przedmiotem na kołdrę, a ona sama ukryła twarz w
dłoniach.
To nie tak miało się potoczyć.
Meredith była najbliższą
jak dotąd osobą w życiu Lucy. A teraz stanęła po stronie Pana, co
stanowiło pewne zaskoczenie, bo kobieta nieczęsto zgadzała się z
czarodziejem, a szczególnie w sprawach związanych z Lucy.
Czuła się rozdarta.
Chciała zadzwonić do kobiety i ją przeprosić, a z drugiej strony
sądziła, że kiedyś tak musiało się stać. Od tamtego incydentu w basenie
coraz bardziej się od siebie oddalały, choć obie starały się to jakoś
zatuszować.
Meredith co do jednego
miała rację. Obdarzona powinna już przyzwyczajać się do widoku krwi i
bólu w jej życiu. Stała po tej „złej" stronie, więc nie powinno to
sprawiać jej żadnego problemu. Nie uniknie złych czynów, które już za
niedługo wyjdą spod jej rąk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz