1/26/2018

Rozdział V. Na samym dnie

Ranek nadszedł boleśnie oraz zbyt szybko, raniąc ostrymi promieniami słonecznymi spuchnięte oczy jednej z lokatorek pokoju 442, która natychmiast się wybudziła i gwałtownie usiadła na łóżku. Z potarganami włosami i zdezorientowaniem malującym się na jej twarzy wyglądała, jakby przespała całe stulecia i nie miała pojęcia, który właśnie był rok. Nic bardziej mylnego. Brunetka całą noc niespokojnie przewracała się na materacu, nie potrafiąc zapomnieć o minionych wydarzeniach, których widok nawiedzał ją za każdym razem, gdy przymykała powieki. Czuła jak jej ciało ogarniało zmęczenie. Miała przemożną ochotę zasnąć i chociaż na chwilę znaleźć się w innym miejscu oraz czasie. 

Rzuciła okiem na spokojnie śpiącą blondynkę ubraną w krótkie spodenki i luźną bluzkę. Pod jej stopami leżała sponiewierana poduszka, a głowę ułożyła na kołdrze zwiniętej w niedbały kłębek. Jedna ręka wystawała poza zagłówek, a druga została wykręcona w dziwny sposób do tyłu, dotykając palcami ściany. Lustrowała wzrokiem przez chwilę Octavię, zazdroszcząc, że nie miała żadnych problemów z zaśnięciem w przeciwieństwie do Schneider. Jej spojrzenie spadło na nogi, kiedy zmiennokształtna nieco je podkuliła, a dziewczynie rzuciły się w oczy drobne, podłużne i wyglądające na zrobione zaledwie parę godzin temu ranki z już zaschniętą krwią oraz lekko zaczerwienione otarcia na łydkach. Czyżby Octavia zacięła się przy goleniu? Gdyby tak właśnie było, to czemu wciąż widziała ciemne, krótkie włoski na jej nogach?

Porzuciła te myśli, postanawiając, że później zapyta się o to współlokatorki. 

Przez krótką, naprawdę króciutką, chwilę pomyślała, że wczorajsza noc jej się po prostu przyśniła. To było chwilowe poczucie ulgi, które pozwoliło Lucy luźno wypuścić zbierane powietrze z płuc. Jednak później uderzyła ją z impetem okrutna rzeczywistość, a w gardle poczuła obrzydliwy smak żółci. Przełknęła ślinę, starając się nie zwymiotować na posłanie. Siedziała tak jeszcze przez parę minut, schowawszy głowę w podkulonych nogach. Podniosła się z cichym skrzypem materaca, a jej oczom ukazała się porzucona na podłodze podomka. Nie musiała nawet sprawdzać kieszeni. Wiedziała, że świeciły pustką. 

Spojrzała na zegar i nie zdziwiła się, gdy wskazówki zegara wskazywały na godzinę nieco po szóstej. Chwyciła potrzebne rzeczy do porannego prysznica i wyszła z pokoju, kierując się ku łazience, gdzie zaledwie kilka godzin wcześniej wylewała swoje łzy oraz wymiociny.

Dziewczyna miała złudne wrażenie, że minęły długie tygodnie od tamtej chwili, a nie tylko jedna noc. 

Popchnęła drzwi, widząc parę dziewczyn przy umywalkach, wyminęła je i skierowała się prosto do pryszniców, mając w zamiarze porządne wyszorowania całego ciała z brudów wczorajszej nocy.

Przymknęła lekko powieki, czując jak oblewa ją zbyt gorąca woda. Stała tak skulona przez dłuższą chwilę i nie wiedziała, w którym momencie jej łzy wymieszały się z pojedynczymi kroplami z lecącego strumienia. Jej nagim ciałem wstrząsnął szloch, a po plecach przebiegły lodowate dreszcze, pomimo wysokiej temperatury panującej wewnątrz prysznica. Była jak sparaliżowana, widząc jak przed oczami staje widok krwistego napisu, a nad jej głową wybuchają szyby. Wręcz czuła jak ostre drobinki boleśnie zatapiają się w skórze, tworząc tysiące mikroskopijnych ran. 

Krzyknęła niespodziewanie i odskoczyła od strumienia gorącej wody, kiedy poczuła jak zaczynała ją parzyć w najczulsze miejsca na ciele. To dzięki temu bodźcowi odzyskała świadomość, wyrywając ją ze wspomnień, które okazały się dla niej zbyt realistyczne.

Zakręciła kurek, stojąc omiatana parą wodną i z wielkim mętlikiem w głowie.

Chciała być silna. Chciała mieć wszystko pod kontrolą. Chciała trzymać na wodzy swoje uczucia, skrajne emocje i rozbiegane myśli. Chciała mieć silny charakter. Chciała pozostawać zupełnie niewzruszona na cierpienie i ból, zupełnie jak Pan. Jednak istniała druga strona medalu. Rephaim był doszczętnie, aż do szpiku kości, zły. 

Czemu ją tak to bolało? Między innymi, z tego, że nie była na to przygotowana. Nagle spadł na nią grad uczuć, który całkowicie ją pogrążył. Sunęła się przy cienkiej granicy dzielącej jej od szaleństwa. Dotąd na nieskalanej złymi uczynkami duszy powstała pierwsza, głęboka rysa. To był dopiero początek, a ona miała już dosyć. Przyszedł jej na myśl absurdalny pomysł, aby zadzwonić do Rephaima i powiedzieć, że chciałaby się z tego wycofać. Nie było nawet takiej możliwości. Teraz nie istniało już wyjście. Musiała iść naprzód, mając tylko nadzieję, że, kiedy to wszystko się skończy, będzie miała nadal resztki duszy, serca oraz sumienia. 

Wyszła spod prysznica, owijając się puchatym ręcznikiem, a jej ramiona zadrżały od nagłego uderzenia zimna. Wciąż czuła się brudna, ale szybki prysznic chociaż trochę ukoił jej zszargane nerwy. Ruszyła krzywym krokiem do umywalek, ciesząc się, że o tej porze było dosyć mało świadków, którzy mogliby widzieć jej małe załamanie nerwowe.

— Słyszałaś co się wczoraj wieczorem stało? — zapytała konspiracyjnym szeptem dziewczyna do drugiej nastolatki, nieświadoma, że mówiła nieco za głośno i Lucy wszystko słyszała oddalona o parę metrów. — Ktoś się włamał do szkoły i zniszczył aulę.

Obdarzona zamarła ze szczoteczką w buzi, uważnie słuchając rozmowy obu uczennic. Po chwili uświadomiła sobie, że takie stanie w bezruchu wyglądało bardzo dziwnie, więc zaczęła powoli szorować zęby. 

— Co?! Skąd o tym wiesz? — pisnęła zdumiona wieściami przyniesionymi przez jej koleżankę. — To niemożliwe!

— A jednak — westchnęła ciężko jej rozmówczyni. — Słyszałam od Karen, której udało się wtedy wejść do sali, bo później wygoniła ich Schroeder i już nikomu nie pozwalała wchodzić.

— Jak... jak ten ktoś — tu głos wyraźnie zadrżał — się tutaj dostał? Przecież szkoła jest strzeżona!

— Magia — rzekła to tak, jakby to była jedyna, słuszna odpowiedź na to pytanie. — Karen podsłuchała, że to musiał być czarodziej. A wiesz, że im łatwo jest wszystkich omamić.

— To jest straszne. O co znów im chodzi? Nie wystarcza im to, że i tak nami się wysługują?

W pewnym stopniu poczuła ulgę, że nie istniały żadne podejrzenia, że to ona za tym stała. Jednak wciąż trzymała na ramionach ciężką i przytłaczającą świadomość, iż tylko ona znała okrutną prawdę.

— Wiesz co ten ktoś napisał na ścianie? — tu zrobiła krótką przerwę, sama łapiąc głęboki oddech — „Strzeżcie się, nieczyści" Rozumiesz? Jesteśmy nieczyści, brudni... — Dziewczyna wydawała się być na skraju płaczu, jej głos drżał, podobnie jak jej ciało. — Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy ONI przestaną?

Rozmówczyni podzieliła jej nastrój i na twarz wpełzł jej szok wymieszany z niepokojem oraz lękiem.

— Dyrektor jest już w szkole? Wie o tym wszystkim?! Niech coś z tym zrobi! Tak-tak nie mo-można robić — kilka razy załamał jej się głos, lecz dalej mówiła. 

Obie stały jak sparaliżowane i zlęknione, a Schneider poczuła wielki żal oraz wstyd za swoje uczynki. Ale... nie miała wyboru. Była podle zmuszona, boleśnie przyparta do ściany. Jednak nawet z takimi argumentami, nie poczuła się ani trochę lepiej.

Splunęła pianą do umywalki, czując, że i ona sama się rozpłacze. Wypłukała usta, pozbierała manatki, po czym wyszła szybkim krokiem z łazienki wspólnej, ani razu nie oglądając się za siebie.
Pierwsze lekcje minęły dosyć pośpiesznie. Wiedza o stworzeniach magicznych, kontrola nad żywiołami oraz biologia były typowo organizacyjne, więc Lucy nie musiała jakoś szczególnie skupiać swojej uwagi na trwających zajęciach, choć powinna. 



Lunch zjadła w ciszy wraz z Octavią, która także milczała, co było dziwną odmianą w porównaniu do otaczającego ich gwaru w stołówce. Dziś numerem jeden był temat auli. 

Krótko przed rozpoczęciem pierwszych lekcji, z radiowęzła wypłynęła krótka informacja, której sens był taki, że pomieszczenie było tymczasowo zamknięte i nie trzeba mieć żadnych powodów do zmartwień. Jeśli zmartwienia przedstawiały się jako grupa ludzi z mieniącymi się na piersi odznakami, którzy kręcili się przez cały dzień na parterze, to tak, wszystko było w najlepszym porządku. Tak czy siak, większa część uczniów wiedziała co się właściwie stało w nocy. Oczywiście, nieco z pozmienionymi faktami, dopowiedzianymi półsłówkami oraz ubarwionymi niektórymi szczegółami, ale wiedzieli. I nie trudno o zdziwienie, że niektórzy połączyli cały ten bajzel ze zniknięciem Pleśniaka, lecz i im brakowało jednej istotnej części w całej tej misternej układance. Jednak zaczął się nowy rok szkolny (z małym przytupem), więc wszyscy musieli odstawić teorie spiskowe na bok i powoli skupiać się na nauce, która pojawiała im się na horyzoncie. 

Wychowanie fizyczne stanowiło niemałą przeszkodę dla obdarzonej. Richard Mecinski, bo tak nazywał się ich trener, zarządził krótki bieg na stadionie na rozgrzewkę. Schneider musiała zepchnąć wszystkie swoje problemy na dalszy plan i skupić się na równomiernym przebieraniu nogami, i przy okazji nie zapomnieć o oddychaniu. 

Nastolatka nie była jakoś szczególnie wysportowana, dlatego wtedy, kiedy przed nią wyrósł potężny płomień ognia i zajął całe pole widzenia, wpadła wprost w jego serce. Już zmysłami czuła jak pożerały ją okrutne, płonące języki. W myślach odmawiała pożegnalną litanię, gdy nagle zdała sobie sprawę, że po prostu leży na murawie w towarzystwie licznych krzyków. Otworzyła delikatnie oczy i nigdzie nie dostrzegła szalejącego wcześniej ognia, za to z łatwością mogła stwierdzić, że nie tylko jej to się przewidziało. Wszystkie inne uczennice także leżały, wydając z siebie agonalne odgłosy, jakoby umierały zjadane przez płomienie. 

— Wstawać! Nie umieracie przecież! — wrzasnął Richard Mecinski z drugiego końca stadionu. — Ruszać się, dziewuchy! To tylko mały ogień! 

Na tej lekcji nauczyła się jednej, aczkolwiek bardzo ważnej rzeczy, którą z pewnością zapamięta na przyszłe miesiące, jak i nie lata. 

Lepiej nie irytować trenera Mecinskiego, bo jego zemsta może być cholernie bolesna. Na przykład? Uciekanie przed stadem dzikich, wygłodniałych kotów. W czasie, gdy Richard śmiał się do rozpuku, siedząc na swoim krzesełeczku, wszystkie uczennice biegły w panice i amoku w stronę szatni, gonione przez tabun rozwścieczonych zwierząt.

Ach, te zalety posiadania umiejętności imaginacji.

Poobijana oraz zmęczona dziewczyna z licznymi siniakami na ciele ruszyła na historię prowadzoną przez Charlesa Fitzgeralda. Miała tylko małą nadzieję, że chociaż on okaże się normalnym nauczycielem.

Tuż po dotarciu do klasy dziewczyna klepnęła z ulgą na wolne krzesło i zaczęła się rozpakowywać. Wyciągnęła długopis, kołozeszyt o kolorze liliowym oraz opasły wolumin historii wzięty w biegu zaledwie chwilę temu z pokoju w internacie.

Nagle poczuła, że ktoś puka delikatnie w jej ramię. Odwróciła się, a jej wzrok napotkał chłopaka o ciemnym włosach zwijających się w krótkie loczki i mętnych oczach.

— Cześć, zechciałabyś mi poż- 

Urwał w połowie zdania, bo dopiero zauważył jak konkretnie wyglądała dziewczyna.

— Co ty taka czerwona? — Przechylił głowę na bok, zapominając kompletnie o swojej wcześniejszej, niedokończonej prośbie.

— Co? — Spojrzała na niego, nie rozumiejąc jego słów. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że miała zajęcia wychowania fizycznego i pojęła sens słów nastolatka. — Co, proszę? — powtórzyła z nutką agresji, mrużąc niebezpiecznie oczy.

— No taka... — zamyślił się krótko, dostrzegając niepozytywną reakcję brunetki. — Rumiana — palnął głupio i w następnej chwili pożałował, gdy dziewczyna zacisnęła zęby.

— Miałam wuef — burknęła, poprawiając potargane włosy. — Przepraszam najmocniej, że nie wyglądam jak miss świata, po tym jak uciekałam przed stadem dzikich kotów.

Czarnowłosy parsknął śmiechem, a dziewczyna pomyślała, że uśmiercenie jego nie było złym pomysłem.

— Przepraszam! Nie miałem nic złego na myśli — odparł, podnosząc obie dłoni w geście kapitulacji. — Widzę, że zdążyłaś już poznać trenera Mecinskiego. 

— Cudowna persona — prychnęła z ironią, czując jak powoli schodziła z niej złość. W sumie sama nie wiedziała czemu tak gwałtownie zareagowała. Może to przez ostatnie wydarzenia? — Z cudownym darem — dodała, już mniej wrogo.

Chłopak pokiwał energicznie głową, a w jego ciemnych oczach tańczyły iskierki rozbawienia.

— O tak, to prawda. Wspaniały nauczyciel. Stosuje zaskakująco skuteczne metody wychowawcze. 

Westchnęła lekceważąco. Na końcu języka miała już przygotowaną odpowiedź, ale w tym momencie do sali wszedł pewnym krokiem nauczyciel. Stanął pośrodku z uniesionymi rękami.

— Witam wszystkich tutaj zebranych! Jak tam pierwszy dzień szkoły? — Odpowiedziało mu parę pomruków, których nie dało się jednoznacznie zinterpretować; uśmiechnął się. — Jestem całkowicie pewny, że lekcje historii spodobają wam się najbardziej ze wszystkich! Wyobraźcie sobie tylko, że wkraczacie właśnie do pięknego świata historii. Magia i jej geneza, wiek dziewiętnasty, słynni nadnaturalni i ich osiągnięcia... Tyle tematów do omówienia! — zawołał radośnie, a po klasie przetoczył się protestujący jęk. — I tak mało czasu... Ale to nic! Damy radę omówić je wszystkie ze szczegółami do końca roku szkolnego.

Lucy siedziała cicho, bo czuła, że była jedyną osobą w sali, oprócz samego nauczyciela, która obdarzała choćby małą sympatią ów przedmiot szkolny. 

— Nazywam się Charles Fitzgerald i jestem naprawdę dumny, że będę was nauczał. Zacznijmy może od początku, czyli co was czeka w tym roku szkolnym...

Mówił, mówił i nadal mówił. Po pół godzinie nastolatka była śmiertelnie znudzona. Lekcje organizacyjne nigdy nie były jakoś szczególnie ciekawe. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Dostrzegła wiele uczniowskich twarzy wykrzywionych w znużeniu, jednak jedna z nich wyrażała całkiem odmienne emocje. 

Nieznajomy chłopak o chorobliwie bladej cerze słuchał z uwagą słów historyka, co świadczyło lekkie zmarszczenie brwi, a jego chude palce jeździły po gładkim blacie ławki, jakby starał się tym gestem jeszcze bardziej skupić. Odziany w czarną bluzkę z długimi rękawami, która opinała jego muskularne ramiona, wyglądał na nieufnego i zdystansowanego. 

Ciemnowłosy wyczuł na sobie jej wzrok. Z niewzruszoną miną obrócił ku jej głowę. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, póki chłopak nie wygiął ust w lekkim uśmiechu, a brunetka nie oderwała od niego spojrzenia z zaskoczeniem. 

Po karku przeszedł jej zimny dreszcz. To był chłopak ze schodów. To on. 

Nieprzyjemne wspomnienia ponownie napadły na jej umysł.

Czy chłopak ją widział? To było niemożliwe, ale czuła w sobie ten tlący się niepokój. Założyła amulet, więc teoretycznie nie miał nawet szans jej przejrzeć. Teoretycznie, a co z praktyką?

Nie wiedziała i nie chciała tego sprawdzać. Artefakty były już dobrze schowane, a ona na razie nie miała ochoty nawet do nich podchodzić. 

Zabrzmiał dzwonek, który doszedł do niej dopiero po chwili. Z ulgą zaczęła się pakować (nadal czuła na sobie wzrok tamtego chłopaka), a gdy z jej dłoni wyślizgnął się kołozeszyt i spadł z plaskiem na podłogę, miała ochotę się walnąć porządnie w głowę. 

— Upadł ci. — Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się nastolatek, z którym rozmawiała przed lekcją. W ręku trzymał jej zeszyt.

— Co ty nie powiesz, geniuszu — odparsknęła, biorąc od niego jej własność. Wstała i ruszyła do wyjścia, a za nią podążał, niczym cień, jej nowy znajomy.

— Ale z ciebie wredota. — Pokręcił głową z niedowierzającym wyrazem twarzy, rozsypując loki na wszystkie strony. — Chcę być po prostu miły, a ty tak się odwdzięczasz. 

— Słuchaj, nie mam nastroju na takie przepychanki. Po prostu chcę iść na lekcję natury... 

Chłopak klasnął w dłonie z entuzjazmem. 

— Też mam teraz naturę! Patrz jak się miło złożyło! 

Lucy posłała mu spojrzenie mówiące wyraźne „Daj mi spokój", ale brunet nieprzerwanie szedł obok niej.

— Jestem Douglas. Douglas Sherman. 

— Lucy Schneider.

— Jesteś z Europy? — Spojrzał na nią z ukosa. Dziewczyna pokręciła głową, a rozwalone włosy jeszcze bardziej się potargały.

— Nie nazwałabym małego miasteczka w Pennsylwanii Europą, ale jak sobie chcesz. 

— Wyglądasz mi na Niemkę. 

— Dzięki? — Zmarszczyła czoło, zastanawiając się do czego właściwie Douglas pił.

Znów parsknął śmiechem, a ona wywróciła oczami. Działał jej nieco na nerwy. 

— Och, przestań się śmiać.

Nie posłuchał się jej, więc dziewczyna przyśpieszyła kroku i zostawiła go daleko w tyle. Na szczęście, nie przyszedł mu pomysł dogonięcia brunetki. Szybko pobiegła do internatu żeńskiego, by zostawić niepotrzebne książki, po czym ruszyła na następną lekcję, jaką była natura w teorii. 

Jak wcześniej słusznie podejrzewała, w klasie czekał na nią nowopoznany kolega oraz, tuż obok niego siedzący, Elliott. A co najdziwniejsze, oboje ze sobą tak swobodnie rozmawiali, że Lucy była w stanie stwierdzić, iż znali się od dawna. 

— Idzie nasza nietolerancja laktozy! — zawołał ogniokrwisty, a Schneider pacnęła się otwartą dłonią w czoło. 

— Naprawdę? Teraz będziesz mnie tak nazywać? — prychnęła, siadając przed Elliottem. — Myślałam, że nie masz znajomych. — Wskazała oskarżycielsko na Douglasa.

— To było aktualne tylko do dzisiaj. Lucy, poznaj mojego nowego przyjacie-

— Już się poznaliśmy — odparła ze skrzyżowanymi rękoma. — Na historii.

Twarz Elliotta rozjaśnił jeszcze szerszy uśmiech, który sięgał już do uszu. 

— To cudownie! Ach, szkoda, że nie ma z nami Tavi.

— Kto to Tavi? — zapytał Douglas, przysuwając się jeszcze bliżej do przyjaciela i dziewczyny.

— Współlokatorka Lucy. Umie się przemienić w sowę! Świetne, co nie? 

Obdarzona wywróciła oczami i przestała kompletnie słuchać ich paplaniny.

Wkrótce do sali wszedł mężczyzna, który bez żadnych ceregieli i krótkiego przywitania rzucił na biurko stos papierów, po czym odwrócił się w stronę siedzących uczniów. Jego uważny oraz surowy wzrok przeszył wszystkich na wskroś, a Schneider nie mogła odpędzić się od wrażenia, że na niej nauczyciel przytrzymał spojrzenie nieco dłużej.

— Proszę o powstanie wszystkich uczniów obdarzonych wodą. Niezależnie od klasy.

Rozległo się szuranie odsuwanych krzeseł i wstało zaledwie pięciu uczniów, a w tym Douglas. Wychowawca skinął do nich głową, aby usiedli.

— Teraz ogień.

Tym razem na nogi podniósł się Sanford oraz czwórka innych uczniów. Po chwili również i oni powrócili na swoje miejsca.

— Wiatr? 

Lucy automatycznie podniosła się z siedzenia, a wraz z nią dwie dziewczyny oraz jeden chłopak. Spojrzała pytającym wzrokiem na starszego mężczyznę, ale on zdążył już niemo rozkazać usiąść.

— Na koniec, ziemia.

Kolejna piątka uczniów powstała, a z niej brunetka nikogo nie kojarzyła ani nie znała. Kiedy ucichły odgłosy przysuwanych krzeseł, nauczyciel postanowił zabrać ponownie głos.

— Jak niektórzy z was już słusznie zauważyli, jest was po pięć osób na każdy żywioł. Czyli daje to dwudziestkę młodych, prawdopodobnie wysoce nieodpowiedzialnych oraz odpowiednio niewyedukowanych nastolatków. Zapytacie się, czemu zwracam uwagę na taki, niby nic nieznaczący, szczegół, huh? Powodów jest kilka, ale powiem wam tylko o jednym, bo w tej chwili jest najważniejszy — zapauzował, aby wziąć oddech. — Wszyscy jesteście równi. Jeden żywioł nie jest wcale lepszy od drugiego. Każdy z was zaczyna z tego samego punktu, a kończy również na tym samym. Zapomnijcie o klasach. Zapomnijcie, że macie w posiadaniu inne moce. Wszyscy jesteście obdarzonymi i nic, ale to nic, tego nie zmieni. Dlatego nie będę tolerował tutaj kłótni na tle zdolnościowym ani żadnego wywyższania ponad tłum. Mam nadzieję, że wszyscy doskonale mnie zrozumieli. Ktoś może ma jakieś wątpliwości? — Przebiegł szybko wzrokiem po twarzach uczniów, wcale nie oczekując od nich żadnej odpowiedzi. — Dobrze. Jestem Phillip Higgins. Nauczam w Akademii imienia Doriana Waltera dwóch przedmiotów takich jak: natura w teorii oraz kontrola nad mocami. Piastuję również stanowisko wicedyrektora. Jestem pełny nadziei, że ten rok szkolny będzie dla was owocny w naukę oraz sukcesywne pozyskiwanie wiedzy.



Tuż po zakończeniu lekcji natury, obdarzona powędrowała sprężystym krokiem w stronę stajen.
Kompleks budynków znajdował się za szkołą, tuż przed linią lasu, kierując się na północny zachód. Była to prosta budowla, bez żadnych zdobień i o ciemnoszarym, ostro zakończonym dachu. Wokół okien zamontowano drewniane okiennice, aby dodać mu sielskiego charakteru, a kiedy ktoś wchodził do środka, mógł poczuć unoszący się w powietrzu specyficzny zapach ściółki. Do stajen prowadziła kręta ścieżka wysypana małymi kamyczkami, a wzdłuż niej rósł rządek niskich kwiatów o długich, mięsistych łodygach, których Lucy nigdy dotąd nie widziała na oczy.

Kompleks od góry układał się w kanciastą literę U o ciemnoszarym dachu. Jego przerwa znajdowała się przy wylocie wprost do lasu, gdzie znajdowała się trasa stworzona do przejażdżek na bajecznych wierzchowcach, jakimi były jednorożce.

Dotarłszy, zauważyła, że na małym dziedzińcu, przy jednej ze stajen z szeroko otwartymi drzwiami na oścież, czekała już na nią grupka uczniów, którzy stali porozbijani w różne grupki i rozmawiali z podekscytowaniem. Lucy uznała ich za swoją grupę, po czym stanęła obok dwóch głośno plotkujących dziewczyn. Na przyjście nauczyciela nie musiała długo czekać – już po trzech minutach w drzwiach pojawiła się drobna postać kobiety.

— Witajcie, kochani! — zaćwierkała, podchodząc do nastolatków tanecznym krokiem. — Nazywam się Eleonora Carpenter i będę waszym instruktorem jeździectwa. Na początku muszę koniecznie wspomnieć, że jednorożce to delikatne oraz subtelne stworzenia, więc będziecie musieli naprawdę ostrożnie się z nimi obchodzić. Łatwo je obrazić czy zranić. A one długo trzymają w sobie urazę. — Posłała wszystkim radosne spojrzenie. — A więc! — Klasnęła, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi budowli. — Chodźcie za mną! Znalazłam wam już miłą robótkę!

Lucy ruszyła za kobietą, zastanawiając się jaka to miała być „miła robótka".

Ów pracą okazało się sprzątanie pustych boksów. Każdy z uczniów został wyposażony w długie kalosze, czterozębne widły o długim trzonku, taczkę oraz pocieszające słowa Eleonory.

„Sprzątanie po swoim wierzchowcu jest bardzo ważne! Oj, nie marudźcie tam! Przyzwyczaicie się do zapachu, kochani." 

I gdzieś znów zniknęła, ale Lucy już było wszystko jedno, bo skupiła się na zrzucaniu starej wyściółki do taczki. Czynność tak ją pochłonęła, że nie obejrzała się, a już minęło ponad pół godziny. Nawet nie przeszkadzał jej smród, który nieprzyjemnie szczypał ją w nos. Mimo że jednorożce uznawane były za wspaniałe stworzenia, to ich kupy nie były równie piękne.

U progu, już czystego i wyłożonego świeżą ściółką, boksu pojawiła się postać nauczycielki trzymającej za skórzane lejce dorosłego jednorożca.
 
— Poznaj Vincenta. Jest przepiękny, nieprawdaż? 

Schneider z szeroko otwartymi oczami pokiwała głową. Pierwszy raz w życiu widziała jednorożca.
Okazały róg o spiralnym kształcie, rosnący na środku czoła lśnił delikatną poświatą i nadawał zwierzęciu niezwykłej aury. Krótka sierść mieniła się mieszanką liliowego oraz jasnego różu. W niektórych miejscach na ciele widniały drobne, bladobłękitne plamki w rozmaitych kształtach, które tylko potęgowały urok. Długa, rozwichrzona grzywa jarzyła się perłowym blaskiem, podobnie jak ogon. Osobnik wyglądał, jakby znajdował się w sile wieku. 

Nic dziwnego, że nastolatka zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Oczywiście, pozostałe jednorożce także powalały na kolana swoją wrodzoną dostojnością, szlachetnością oraz pięknem, ale jej zdaniem nie dorastały mu do pięt. 

Stworzenie weszło do legowiska i ruszyło od razu w kierunku jedzenia. 

Początkowa faza zachwytów nad Vincentem minęła i Schneider chciała już cofnąć swoje słowa zaledwie po dwudziestu minutach, kiedy to musiała jeszcze dokończyć sprzątanie, a jednorożec znacznie jej to utrudniał, wymachując gwałtownie ogonem i ciągle kręcąc się w miejscu, przy okazji donośnie rżąc i dźgając ją rogiem. Zwierzę zdawało się być bardzo niezadowolone z jej obecności pomimo jej usilnych starań nieprzeszkadzania mu w spożywaniu posiłku. 

Kiedy wszystkie wierzchowce bezpiecznie znalazły się już w boksach, Eleonora zwołała zmęczonych uczniów na krótką naradę na skwerze. 

— Dobra robota, kochani! Jestem z was naprawdę dumna. Świetnie sobie poradziliście z takim wyzwaniem. Właśnie się zastanawiałam... I postanowiłam, że już ktoś dzisiaj będzie mógł zasiąść na swoim jednorożcu na małą jazdę próbną. Oczywiście, będę miała wszystko pod kontrolą, więc nikt nie musi się martwić. No to kto tu będzie tym szczęśliwcem...? — Rozejrzała się po grupie, po czym wyłowiła wzrokiem osobę, która do tego, jej zdaniem, nadawała się najlepiej. — Ty! 

Wskazała palcem na Lucy, po czym zachęcająco kiwnęła głową, gdy nastolatka spojrzała na nią z autentycznym przerażeniem w oczach.

— Ja? — zapytała się, mając nadzieję, że Eleonora wybrała kogoś innego, a nie akurat ją. 

— Tak, ty!

Kobieta nie wzięła pod uwagę tego, że mogą przydarzyć się pewne komplikacje z Vincentem, który nigdy nie był jakimś szczególnie spokojnym jednorożcem, a wręcz przeciwnie – miał wielki temperament. No i też nie pomyślałaby, że ucieknie w siną dal wraz z przerażoną, siedzącą na jego grzbiecie uczennicą.

Obdarzona miała pewne wątpliwości czy przejażdżka na pierwszych zajęciach jeździectwa była dobrym pomysłem. Nigdy nie jeździła na koniach, a tym bardziej na jednorożcach. No i jej przypuszczenia niestety się sprawdziły. 

Gdy tylko usiadła z pomocą Eleonory na Vincencie, ten pomknął jak burza do przodu przez niezamkniętą bramkę w kierunku lasu, zostawiając za sobą grupkę zaskoczonych uczniów i równie zdziwioną nauczycielkę.

Nastolatka nie widziała nic, oprócz rozmazanych kształtów ciemnozielonych drzew oraz bladego błękitu nieba.

Trzymała się kurczowo szyi wierzchowca, starając się nie spaść z siodła. Zacisnęła uda na jego bokach, kiedy poczuła, że przekręcała się niebezpiecznie w bok. 

Vincent nadal pędził przed siebie, jakby znał doskonale trasę i nie musiał nawet się zastanawiać, gdzie miał skręcać. Postanowił zatrzymać się dopiero na okrągłej polanie otoczonej zewsząd wysokimi, strzelistymi drzewami. 

Zarył nagle kopytami w ziemię, a Lucy z wrzaskiem poleciała do przodu. W ostatniej chwili chwyciła się łba Vincenta. Jednorożec gwałtownie strząsnął z siebie jej ręce z donośnym parsknięciem, a ona, nie spodziewawszy się takiego ruchu, rozluźniła uścisk. Upadłaby sromotnie, gdyby nie stopa, która zaplątała się w lejce. Dyndała teraz jak głupia z dziwnie wykręconą nogą przez siodło i z mocno zaciśniętymi powiekami. 

A w tym czasie Vincent zainteresował się nieopodal rosnącymi kwiatkami, totalnie ignorując wiszącego intruza na jego grzbiecie.

Lucy miała wrażenie, że powoli spływająca krew do głowy zaraz ją rozsadzi od środka. Spętana stopa zaczęła mrowić nieprzyjemnym, tępym bólem. Dziewczyna zaczęła się rozpaczliwie szamotać, aby jakoś polepszyć swoją beznadziejną sytuację, ale to nic nie dało.

— Cholerny Vincent! — warknęła z trudem, a jednorożec głośno zarżał i uderzył ją swoim bokiem. Niebezpiecznie się zakołysała.

Wisiała tak, dopóki z odsieczą nie dotarła nieznajoma dziewczyna na swoim wierzchowcu. Na widok Lucy, krzyknęła z ulgą, po czym od razu rzuciła się z pomocą. Najpierw w pośpiechu odwiązała zaplątaną stopę, a później pomogła obolałej Schneider usiąść na ziemi.

— Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Nic cię nie boli? — pytała gorączkowo, ostrożnie przytrzymując ją za ramiona.

— Boli mnie stopa — wychrypiała ledwo przez zaciśnięte gardło. — I głowa. 

Nieznajoma pokiwała w zrozumieniu głową.

— Dobrze, że nic więcej... Vincent! — zawołała ze złością na głównego sprawcę wypadku, który postanowił, jak gdyby nigdy nic, uciec z miejsca zdarzenia. — Co za typ! — prychnęła ze złością. — Naprawdę jest mi przykro, że musiałaś natrafić akurat na niego.

— Po prostu się nie polubiliśmy — westchnęła z bólem, rozmasowywując obolałą stopę. — A ja mu dzisiaj tak ładnie wysprzątałam boks. Cholerna szkapa... Znaczy jednorożec.

— Dasz radę może wstać? Zawiozłabym cię do skrzydła szpitalnego. Na pewno coś zaradzą na tę nogę. 

Dziewczyna niepewnie skinęła głową, po czym wstała o własnych siłach. Dopiero wtedy, kiedy stała już na nogach, zwróciła uwagę na wygląd nieznajomej.

Jej wybawicielka nie wyglądała na typowo ułożoną oraz spokojną nastolatkę. Świadczyły o tym czarne, kręcone i częściowo rozwichrzone przez wiatr włosy, opadając gęsto na jej obydwa ramiona. Twarz o gładkich brzegach przypominała mieszankę kawy z mlekiem. Z pewnością uwagę przyciągała para piwnych oczu oraz szerokie usta, które teraz były rozciągnięte w pół-uśmiechu. A kiedy stanęła obok Schneider – przewyższała ją co najmniej o głowę. 

— Á propos, jestem Liza — przedstawiła się dopiero, gdy podsadziła Lucy na grzbiet swojego bladoróżowego wierzchowca. — A to moja ulubienica, Andromeda. 

— Lucy.
Andromeda w porównaniu do Vincenta słuchała się swojej opiekunki i od razu ruszyła z miejsca galopem. Do stajni dotarły zaledwie po paru minutach, między innymi dzięki super orientacji w terenie Lizy, która czuła się jak ryba w wodzie, będąc w swoim żywiole, jakim było jeździectwo.

Na miejscu powitała przerażona do granic możliwości Eleonora Carpenter, która wyglądała, jakby miała zaraz wyjść z siebie.

— Na Boga, dziecko! Nic ci nie jest? — wykrzyknęła na widok Lucy, która z pewną trudnością zeszła z siodła Andromedy, kiedy wreszcie przystanęli. Od tego szybkiego przemieszczania się rozbolał ją brzuch.

— Znalazłam ją na polanie obok jaskiń — oznajmiła Liza, która co raz rzucała uważne spojrzenie na nastolatkę. — Zabiorę ją do skrzydła szpitalnego. Zrobiła sobie coś w stopę.

Odprowadziła jednorożca do stajni, a w międzyczasie Eleonora kazała Lucy usiąść na ławce w przedsionku. Bombardowała ją troskliwymi pytaniami o jej stan, do czasu powrotu jej wybawicielki. 

Parter akademii był teraz opustoszały. Obie dziewczyny przyjęły to ze zdziwieniem, ale żadna tego nie skomentowała.

W skrzydle szpitalnym zajęła się nią młoda pielęgniarka, która chciała, aby została tam na noc („Lepiej mieć ciebie na oku."), ale udało się jakoś przekonać ją, że dzisiejszą noc spędzi u siebie w pokoju. Z opatrzoną stopą ruszyła w stronę internatu żeńskiego pod ramię z Lizą. 

— O, mój pokój. — Wskazała na drzwi, a obie przystanęły pod nimi. — Dzięki wielkie za pomoc. Nie wiem co by było, gdybyś mnie wtedy nie znalazła. 

Twarz Lizy rozświetlił szczery uśmiech.

— Do usług! Mam nadzieję, że Eleonora zmieni ci Vincenta na jakiegoś potulniejszego jednorożca. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że to zrobił...

Szybko się pożegnały, po czym Lucy weszła do środka, gdzie zastała czytającą książkę współlokatorkę ubraną w szeroką bluzkę, która głosiła neonowym hasłem: „Najlepsza wnuczka na świecie" i szare legginsy. Na stopy postanowiła założyć czerwone crocsy. 

— Lucy! Co się stało? — wykrzyknęła zaskoczona na widok poobijanej koleżanki z potarganymi włosami i utykającej na jedną nogę.

— Wiele rzeczy. — Wzruszyła lekceważąco ramionami, kierując się ku łóżku. — Miałam mały problem na jeździectwie.

— Spadłaś z jednorożca...? — bardziej stwierdziła niż zapytała. 

— No, nie do końca. Ja WISIAŁAM na nim. 

Octavia wybuchnęła śmiechem, słysząc słowa współlokatorki. 

— Żartujesz? — odezwała się pomiędzy kolejnymi napadami śmiechu. — Aż tak cię zwierzęta nienawidzą?

Lucy rzuciła rozbawionej koleżance ponure spojrzenie. Nie było jej za bardzo do śmiechu, między innymi z powodu bolącej nogi, która teraz postanowiła promieniować jeszcze gorszym bólem. 

— Dzięki — mruknęła pod nosem, układając się w pozycji leżącej. — Jestem strasznie ciekawa jakbyś ty się zachowała na moim miejscu.

Uspokoiwszy się nieco, zmiennokształtna posłała jej przepraszające spojrzenie. Odłożyła książkę na szafkę nocną, po czym wstała.

— Wybacz. Nie mogłam się powstrzymać.

Lucy w odpowiedzi przewróciła się na brzuch, kryjąc twarz w poduszce. 

Obdarzona nawet nie miała czasu, aby zastanowić czemu dzisiejszy dzień był taki feralny. Od niedawna jej życie przedstawiało się jako jedna, wielka, chodząca porażka. A wszystko to zaczęło się od jej ostatnich urodzin. 

Czuła, że jej spięte mięśnie powoli się rozluźniają, a umysł przyćmiewała mgiełka snu. Z wymalowanym spokojem na twarzy zapadła w płytką drzemkę, która miała się brutalnie przerwać, tuż po wyjściu z pokoju jej współlokatorki. 

Telefon zaczął dzwonić donośnym, nieprzerwanym alarmem, wyjąc nad jej głową niczym jak straż pożarna. 

Ze snem na powiekach zaczęła poszukiwania źródła nieprzyjemnego hałasu. Wywalając jakąś książkę z szafki nocnej, znalazła przeklęty smartfon. 

— Słucham? — zapytała nieprzytomnie, bo nawet nie spojrzała na wyświetlacz, tylko od razu odebrała.

— Lucy, kochanie, jak się czujesz? — Ze słuchawki wydobył się podekscytowany głos czarodziejki, a zdziwiona nastolatka nagle podniosła się na łóżku.

— Meredith?! Jejku, jak się za tobą stęskniłam! — zawołała już w pełni rozbudzona.

Kobieta zaśmiała się perliście.

— Opowiadaj, jak w szkole? Poznałaś już jakieś miłe osoby? 

Głos Meredith przywrócił Lucy do świata żywych i nawet nie mogła opisać tego, jak się właśnie czuła. Jej rozbiegane myśli zaczęły obracać się tylko wokół jej dawnej opiekunki. 

Zaczęła jej żywiołowo opowiadać o Octavii (o Elliocie oraz Douglasie postanowiła jeszcze nie wspominać), o szkole, o dzisiejszym zakręconym dniu, a gdy przeszła do wczorajszego, jej żołądek zacisnął się w ciasny supeł.

Kompletnie zapomniała. Jak mogła zapomnieć? Jak mogła się tak cieszyć tym dniem? Jeszcze rankiem rozpamiętywała tamtą noc, a teraz? Gdyby nie rozmowa z Meredith... Lucy nadal myślałaby, że jest zwykłą nastolatką. 

A widziała na własne oczy tłum krążący na parterze, na korytarzu obok auli. Usłyszała poranny komunikat. Schodząc na lunch, dostrzegła dyrektora, który rozmawiał z członkami rady nadzorczej. I co wtedy zrobiła? Odwróciła wzrok, wpajając sobie, że to był porąbany sen. Że to nie ona była sprawczynią tego rozgardiaszu.

Odchrząknęła z trudem. Nastała cisza w słuchawce.

— Gdzie jest Rephaim? 
 
Teraz z kolei z odpowiedzią wstrzymywała się Meredith. Dopiero po chwili postanowiła zabrać głos.

— W Nowym Jorku. Wyjechał załatwić ważne sprawy — odparła sztywno, jakby chciała jak najszybciej zakończyć ten temat. Jednak Lucy na to nie pozwoliła.

— Czy-czy to ma związek z... tym co wczoraj zrobiłam? — Jej głos drżał.

Przeciągająca się cisza była tylko potwierdzeniem jej domyśleń.

— Czy Pan był zadowolony? Wszystko dobrze zrobiłam?

— Tak. Lucy... — zaczęła, ale przerwała jej nagle rozzłoszczona dziewczyna.

— Dlaczego dzwonisz? Bo nie sądzę, że nie bez powodu. Mam znów kogoś zamordować? Mam znów wypić ten-ten eliksir, po którym nic nie pamiętam? — wypluwała z siebie słowa z szybkością karabinu. 

— Lucy, uspokój się — poprosiła łagodnie czarodziejka, choć nie przyniosło to żadnego skutku.

— Okłamałaś mnie. Powiedziałaś mi, że to tylko polepszy moją siłę. Szkoda, że wtedy nie wspomniałaś, że zamienię się w potwora! — ciągnęła nieprzerwanie rozżalona dziewczyna. — Wiesz, jak się wtedy czułam? Jak się obudziłam z tego.... transu? 

— Mogę to sobie wyobrazić, Lucy. Przepraszam, ale naprawdę musiałam tak uczynić. W innym przypadku, w życiu nie wzięłabyś eliksiru! A nie chciałam cię wtedy narażać na rozmowę z Rephaimem...

Nastolatka prychnęła kpiąco.

— Och, no tak. Rephaim to, Rephaim tamto. Jak już wiesz, umiem sobie z nim poradzić. Nie musisz mnie chronić.

— Lucy — jęknęła. — Przestań. Nie masz o niczym pojęcia!

— No bo nie chcesz mi o niczym powiedzieć!

Schneider usłyszała jak po drugiej stronie słuchawki rozległo się zmęczone westchnięcie.

— To nie czas ani pora na takie rozmowy. 

— Dobra, okej. Niech tak będzie. Ale chcę mieć na razie spokój. Nie obchodzi mnie co znów wymyśliłaś z Rephaimem i co miałam znów zrobić. Chcę mieć święty spokój! — prawie wykrzyczała ostatnie słowa.

— Powinnaś się przyzwyczajać do takich rzeczy, Lucindo. — Jej ton momentalnie się zmienił na bardziej ostry i oschły. — I nie, zadzwoniłam, aby dowiedzieć się jak się czujesz w nowej szkole. Rephaim odezwie się do ciebie za kilka dni. Miłej nauki. 

Dziewczyna z niedowierzaniem ściskała w dłoni telefon, długo po zakończeniu rozmowy. Z wściekłością cisnęła przedmiotem na kołdrę, a ona sama ukryła twarz w dłoniach.

To nie tak miało się potoczyć. 

Meredith była najbliższą jak dotąd osobą w życiu Lucy. A teraz stanęła po stronie Pana, co stanowiło pewne zaskoczenie, bo kobieta nieczęsto zgadzała się z czarodziejem, a szczególnie w sprawach związanych z Lucy. 

Czuła się rozdarta. Chciała zadzwonić do kobiety i ją przeprosić, a z drugiej strony sądziła, że kiedyś tak musiało się stać. Od tamtego incydentu w basenie coraz bardziej się od siebie oddalały, choć obie starały się to jakoś zatuszować. 

Meredith co do jednego miała rację. Obdarzona powinna już przyzwyczajać się do widoku krwi i bólu w jej życiu. Stała po tej „złej" stronie, więc nie powinno to sprawiać jej żadnego problemu. Nie uniknie złych czynów, które już za niedługo wyjdą spod jej rąk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz