11/05/2017

Rozdział III. Na krawędzi

Lucy nigdy nie czuła się tak bardzo niepewna oraz troszeczkę przestraszona jak w tamtym momencie. No oprócz dnia, w którym miała poznać profesora Wilsona — człowieka z krwi i kości. Nie liczyła już nawet swojej ludzkiej służby, bo z nimi znała się od swojego przyjazdu. Natomiast George był prawdziwym ewenementem dla nastolatki. Nie znała go. Był jej nowym nauczycielem. Strasznie ją ciekawiło jaki jest, jakie ma zwyczaje, co robi w wolnym czasie. Chciała się dowiedzieć, czy ludzie tak bardzo różnią się od jej rasy. Jednak już po tym pierwszym spotkaniu jej zapał ostygł, kiedy okazało się że profesor jest zwykłym, wrednym staruchem z niezrozumiałym akcentem.

A teraz nastolatka stała sama z ciężkimi walizami u boku w przestronnym holu Akademii o strasznie wysokim suficie. Ledwo je zataszczyła przez te marmurowe schody, a teraz czekało na nią jeszcze więcej wysiłku, gdy ujrzała przed sobą parę kolejnych schodów ustawionych po obu stronach szerokich drzwi. Jeśli internat dziewcząt znajdował się na samej górze, to najprawdopodobniej nie przeżyje do końca tego dnia.

Na lewo, od razu od wejścia znajdowało się małe pomieszczenie, którego zadaniem było przechowywanie wszelkich środków myjących oraz robienie za kantorek dla szkolnego woźnego imieniem Fred, ale przez uczniowską społeczność był bardziej znany jako Pleśniak.

Tuż za składzikiem znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi z podłużnymi okienkami prowadzące prosto do ogromnej stołówki z tarasem. Dalej od wejścia rozciągał się wąski korytarz który posiadał dwoje drzwi. Jedne, te na końcu, prowadziły do auli, w której odbywały się wszelkie zebrania, spotkania, imprezy z udziałem uczniów i nauczycieli. Natomiast drzwi po boku były czwartym wejściem na przeszklony dziedziniec znajdującym się wewnątrz budynku. Natomiast po prawej znajdował się kolejny korytarz, tym razem z większą ilością drzwi. Sekretariat był na samym jego początku, a kolejno za nim znajdowały się szpital, pokój nauczycielski, łazienka oraz biblioteka. Z tamtego korytarza była także możliwość ekspresowego przejścia na dziedziniec.

Obdarzona nawet z tej odległości mogła stwierdzić, że sam plac jest przepiękny. Na samym jego środku umiejscowiono wysoką fontannę z olbrzymią rzeźbą centaura trzymającą w ludzkich dłoniach smukły dzban, z którego tryskała krystaliczna woda. Do niej prowadziły aż cztery ścieżki ułożone z płaskich kamieni. W kątach posadzono bujne kwiaty, a przed fontanną stały drewniane ławeczki.

Dziewczyna stała tak chwilę jak kołek, z uwagą przyglądając się wnętrzowi Akademii, aż wreszcie otrząsnęła się z zachwytu. Z ciężkim stęknięciem chwyciła swoje bagaże i poprowadziła swoje kroki w kierunku sekretariatu. Jej kroki odbijały się głośno od jasnej, marmurowej posadzki i rozchodziły się w głąb holu. Z zadowoleniem stwierdziła, że nie ma nikogo w pobliżu.

Zastukała w drewniane drzwi ozdobione złotą plakietką z napisem: Sekretariat, po czym delikatnie je popchnęła. Znalazła się w pomieszczeniu z kontuarem biegnącym przez całą szerokość pokoju, a za nim dostrzegła kolejną parę drzwi. Przed nim stała trójka nastolatków, która wesoło gawędziła sobie z sekretarką — chudą kobietą z wystającą szczęką o dużych, brązowych oczach i podłużnej twarzy. Gładkie, brązowe włosy splotła w pojedynczy warkocz kończący się dopiero za łopatkami.

— Jak mi miło panią widzieć, pani Auroro! — zawołał wesoło chłopak, opierając się dłońmi o ladę. — Stęskniłem się za panią!

Aurora spojrzała na niego mało przychylnym wzrokiem, po czym zajęła się wertowaniem papierów na biurku.

— Siedź cicho, Brody. Ledwo co wszedłeś, a mnie już rozbolała głowa — zaczęła ponuro zrzędzić, szukając czegoś w swoich papierach. Pogmerała coś, po czym rozkazała chłopakowi. — Podaj dłoń.

Brody posłusznie podsunął rękę do sekretarki, a ta dziwnym urządzeniem przypominającym stempel wbiła na jego skórze nadgarstka malutki rząd cyferek. Skinęła głową w jego stronę.

— Jutro nad ranem wstaw się po plan lekcji — poinformowała szorstkim głosem.

Podobne czynności wykonała na rękach pozostałych towarzyszy Brody'ego i powiedziała prawie identyczne formułki. Pożegnali się wylewnie z „Rory” i wyszli z pomieszczenia, nawet nie zaszczycając wzrokiem stojącej w kącie Lucy.

Młoda zostawiła swoje bagaże pod rzędem krzeseł, po czym podeszła do lady.

— Dzień dobry, jestem tutaj nowa... — zaczęła niepewnie, starając wypaść jak najlepiej przed kobietą.

— Imię i nazwisko? — odparła znudzona sekretarka, nie siląc się na uprzejmości. Szesnastolatka zamrugała oczami, zdumiona jej bezpośrednością. Jednak szybko się zreflektowała, recytując swoje dane.

— Lucy Schneider.

Kobieta sięgnęła po kolejną grubą teczkę leżącą na biurku i pochyliła się nad nią, pośpiesznie kartkując strony.

— Obdarzona, tak? — Posłała jej znużone spojrzenie znad papierów, a dziewczyna w odpowiedzi energicznie pokiwała głową. Chwilę przestudiowała kartkę z danymi Lucy, po czym chwyciła za dziwny stempel i oderwała od kartki przyczepioną metalową blaszkę, którą wsadziła natomiast do urządzenia.

Nastolatka automatycznie podała swoją dłoń, a starsza kobieta mało delikatnie wbiła kłujący stempel w jej skórę. Ból był dziwny, ale i też krótkotrwały. Zanim Lucy zdążyła się zorientować, sekretarka odstawiła już urządzenie na blat.

— To jest twój identyfikator. — Wskazała chudym palcem na czarny, ośmiocyfrowy tatuaż na jej nadgarstku. — Na początku drugiego semestru przyjdziesz znów do mnie na jego odświeżanie. Dzięki niemu wiemy, że jesteś z naszej szkoły. To twój klucz do pokoju w internacie. — Podała dziewczynie srebrny kluczyk z wygrawerowanymi cyframi 442. — Do końca jutrzejszego dnia masz możliwość dostarczenia formularzu z zajęciami dodatkowymi. Na samej górze znajduje się internat dziewcząt. Współlokatorka już na ciebie czeka.

Schneider skinęła głową, nieco napinając się na słowo „współlokatorka”. Wyszła z trudem, uprzednio zbierając swoje rzeczy spod krzeseł. Znów znalazła się na holu, który świecił pustką, która stała się dla niej nieprzyjemna. Skierowała się ku schodom, stękając pod nosem. Na pierwsze piętro, które także okazało się puste, wspięła się dosyć szybko. Jednak później nie było tak kolorowo. Stopnie pokonywała wolno, mozolnie, z trudem stawiając stopy na kolejne. Aż wreszcie dotarła na ostatnie piętro. Na szczycie schodów oddychała ciężko, ściskając palcami brzuch, gdyż dostała bolesnej kolki. Nad nią już nie było żadnych schodów – to była jedna z tych radośniejszych wieści w tym dniu. Rozejrzała się po piętrze, dostrzegając u boku dwuskrzydłowe drzwi prowadzące prosto do internatu żeńskiego. Ruszyła z nieco przytłumionym entuzjazmem do wejścia, ciągnąc za sobą bagaże, które nagle zaczęły ważyć dziesięć razy więcej niż wcześniej jej się wydawało.

Salon internatu, w którym się znalazła, był niezwykle ładnie urządzony. Znajdowały się tutaj ogromne kanapy z dużą ilością miękkich poduszek okupowane przez dziewczyny, małe stoliki kawowe z różnymi gazetami oraz pierdołami i płaskie telewizory zawieszone na kremowych ścianach. Lucy zauważyła w jednym kącie pomieszczenia nawet duży kominek z paroma fotelami ustawionymi wokół niego. Pod jej stopami rozciągał się szeroki, jasnoróżowy dywan o długim, miękkim włosiu, a na przeciwległej ścianie znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na balkon.

Dziewczyna skierowała swój wzrok na lewo – na długi korytarz z rzędem białych drzwi, po czym ruszyła w jego stronę.

442.

Taki numer nosił jej pokój. Szła, mijając nieznajome dziewczyny, które nawet nie zaszczycały jej spojrzeniem. Aż wreszcie zauważyła upragniony numerek. Powstrzymała się od radosnego pisku, a zamiast tego wzięła głęboki oddech.

Będzie dobrze, pomyślała, przekręcając kluczyk w zamku. Twoja współlokatorka będzie bardzo miłą dziewczyną. Na pewno się z nią dogadasz.

I z takimi pozytywnymi myślami weszła powoli do małego pokoiku.

Zauważyła dwa, pojedyncze łóżka. Jedno z nich było dokładnie pościelone, a natomiast drugie wyglądało jakby przeszedł po nim huragan  – wymięta kołdra leżąca na brzegu materaca i poduszka, która była ustawiona pod dziwnym kątem. Przed nimi stały dwie, zamknięte szafy oraz tej samej ilości identyczne biurka. Jeden stolik znacznie różnił się od drugiego. Na tym pierwszym leżały niedbale rozrzucone zeszyty oraz przybory szkolne, a te drugie świeciło pustką. Oświetleniem było małe okienko i włączona lampa, co trochę zdziwiło Lucy, bo w pomieszczeniu nikogo nie było oprócz jej samej. Niepewnie weszła do środka, ciągnąc za sobą walizki.

— Hej! — Lucy podskoczyła z zaskoczenia, obracając się ku stojącej za jej plecami nieznajomej.

— Cześć — przywitała się nieco onieśmielona dziewczyną z wilgotnymi włosami ubraną w puchaty szlafrok.

Stojąca nieznajoma miała proste, jasne, wręcz białe, włosy sięgające nieco za ramiona. Była wysoka i szczupła – na tylko tyle potrafiła Lucy ją określić przez grubą podomkę. Jej oczy – jedno o barwie tafli morskiej, a drugie koloru wyblakłego złota – wywarły na szesnastolatce ogromne wrażenie.

— Octavia Holloway. — Podała przyjaźnie dłoń.

— Lucy Schneider. — Odwzajemniła uścisk dłoni, uśmiechając się delikatnie.

Brunetka nieco odsunęła się, aby Octavia mogła swobodnie przejść w głąb pokoju.

— Jeju, ile ty masz bagaży! — zawołała ze śmiechem na widok sterty walizek, która piętrzyła się pod nogami Schneider. — Jak ty je tutaj przyniosłaś? To przecież ostatnie piętro!

— Nie było łatwo, uwierz, ale jakoś je dotargałam. — Kopnęła lekceważąco jedną z walizek, po czym usiadła na pościelonym łóżku. — Ugh, jestem padnięta po podróży.

Octavia pokiwała głową z uśmiechem na ustach i opadła na swój materac.

— Skąd jesteś?

— Ze Scranton w Pennsylwanii. Straszne zadupie, a szczególnie, kiedy mieszkasz w lesie. Pewnie nie wiesz, gdzie to jest, co nie?

Octavia pokręciła głową, a ona wygięła wargi w nikłym uśmiechu, ignorując nieprzyjemne uczucie tęsknoty, które pojawiło się nagle w zakamarkach jej umysłu, mącąc i rozpraszając przez chwilę myśli.

— A ty? — zapytała, biorąc do rąk poduszkę i bawiąc się jej rąbkiem, aby zająć czymś swoją uwagę.

— Z Ohio — odparła, przez chwilę wbijając nieobecny wzrok w swoje dłonie, ale szybko otrząsnęła się z zadumy. — Ale przez parę lat mieszkałam w Cape Coral na Florydzie. Nie byłoby źle, gdyby nie to gorąco. — Uśmiechnęła się półgębkiem.

 — Przesadzasz — Lucy zawiesiła głos, jakby chciała coś dodać, ale zrezygnowała.

— W ogóle — Blondynka szybko zmieniła temat. — Jak ci się podoba nasz pokój? Bo wiesz, będziemy go dzielić przez cztery lata. Z góry przepraszam za bałagan, ale jakoś nie mogę się zmusić do sprzątania. — Zaśmiała się perlistym śmiechem.

— Jeżeli mam tu z tobą mieszkać cztery lata, to jednak będziesz musiała — odparła, ale też się uśmiechnęła. — Najlepiej zacznij już teraz — dodała, rzucając we współlokatorkę poduszką.

Holloway złapała w locie lecącego w jej kierunku jaśka. Przez chwilę trzymała go w dłoniach, po czym odrzuciła z powrotem współlokatorce.

— No wiem... — Westchnęła z rezygnacją, ale już w następnej chwili odzyskała swój wigor. — Jesteś obdarzona? Czy może zmiennokształtna?

— Te pierwsze. — Lucy oparła się swobodnie plecami o ścianę, teraz na wpół leżąc na łóżku.

— Jaki żywioł? Czekaj, zaraz sama zgadnę! — zawołała szybko, intensywnie przyglądając się brunetce. — Ogień...? Nie! — krzyknęła na widok rozbawionej miny towarzyszki. — Wiatr! Tak, ewidentnie wiatr — dodała z dumą.

Lucy zaśmiała się rozbawiona zachowaniem towarzyszki.

— Dobrze zgadłaś — oznajmiła, kiwając głową.

— No dobra, teraz zgadnij kim ja jestem! — Usiadła po turecku na materacu, odpychając stopą kołdrę.

Schneider uważnie przyjrzała się koleżance. Jej uwagę ponownie przyciągnęła para, dużych dwukolorowych oczu. Miała wrażenie, że dziewczyna była niesamowicie mądra, jakby wchłonęła wszystkie książki naukowe na świecie i zamknęła je właśnie w tych specyficznych tęczówkach.

— Zmiennokształtna... — oznajmiła powoli, czekając na reakcję blondynki, która skinęła twierdząco głową. Poza tymi dziwnymi oczami Octavia posiadała małe usta z dużą, górną wargą i drobny, zadarty nosek z paroma piegami. — Sowa.

Zmiennokształnych można było łatwo rozpoznać. To było jak patrzenie na ludzką wersję ich zwierzęcia. No wiecie, zwierzę w ciele człowieka. Octavię wyróżniały z pewnością jej oczy, które przypominały do złudzenia sowie.

 Blondynka znów pokiwała głową.

— Zgadza się. — Wyprostowała nogi, popychając przypadkowo kłębek wymiętej kołdry, która z plaskiem spadła na podłogę. — Cholera!

Dziewczyna posłała jej rozbawione spojrzenie, po czym wstała z trudem z łóżka.

— Ech, to ja może zabiorę się za rozpakowywanie, a ty za sprzątanie? — zaproponowała, a z ust Octavii ponownie wydobyło się przeciągłe westchnięcie.

— A może ci pomogę? — zaoferowała z nadzieją, obserwując jak Lucy ze stęknięciem przenosi bagaż na jej materac.

Dziewczyna posłała jej groźne spojrzenie, po czym w milczeniu wskazała na bałagan, który piętrzył się pod nogami łóżka blondynki. Holloway w odpowiedzi wystawiła żartobliwie język, ale także się podniosła.

Schneider stosunkowo szybko się uwinęła z walizkami. Octavia zdążyła przebrać się w zwykłe ubranie i posprzątać swoją część pokoju. Pracowały w ciszy, od czasu do czasu rzucając sobie nawzajem żartobliwymi uwagami.

Kiedy szafa została cała wypełniona ubraniami, a książki znalazły swoje miejsce na półkach, brunetka rzuciła się na materac z głośnym westchnięciem pełnym ulgi.

— Wybrałaś jakieś lekcje dodatkowe? — Dobiegł ją głos współlokatorki, która, pozbierawszy swoje części garderoby, składała je w kostkę i układała w szafie.

— Jeszcze nie wybrałam — mruknęła sennie.

— To teraz wypełnij formularz i już jutro rankiem zaniesiesz do sekretariatu — zaproponowała mądrze. Lucy jęknęła przeciągle i zakryła twarz poduszką.

— Nie chcę mi się wstawać — wydusiła ledwo zza materiału jaśka.

— Wstawaj! — zawołała. — No już, Lucy! Raz, dwa!

Schneider stęknęła, odrzuciła poduszkę i wygrzebała się z trudem znad poplątanej kołdry.

Wyciągnęła z szuflady biurka kopertę, a z niej natomiast formularz. Spojrzała spod byka na blondynkę, po czym swą uwagę skupiła na leżącej kartce. Miała trzynaście zajęć obowiązkowych i do wyboru maksymalnie pięć spośród jedenastu dodatkowych. Zakreśliła kółkiem język hiszpański, a później powiodła wzrokiem po liście lekcji dodatkowych. Najbardziej spodobało jej się jeździectwo oraz zajęcia jogi, tak więc je zaznaczyła. Na tym mogłaby poprzestać, ale czuła, że mogłaby zapisać się na coś jeszcze. Pod wpływem impulsu zakreśliła chemię, wiedziona myślą o super doświadczeniach przeprowadzanych na lekcji. A do kompletu wybrała jeszcze biologię.

— Ambitnie — skomentowała Octavia, kiedy Lucy wyczytała jej przedmioty, które zakreśliła.

— A ty co wybrałaś? — zapytała, składając kartkę na pół i chowając ją znów do szuflady.

— Literaturę, fizykę, kółko teatralne, jogę i biologię. Może biolkę będziemy miały razem.

Lucy pokiwała głową w zgodzie.

— Fajnie by było mieć kogoś znajomego w klasie. W ogóle, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień? Będą już jakieś lekcje?

— Nie, rankiem zacznie się już test sprawdzający. Będą nas po kolei wyczytywać przez radiowęzeł.

— O mój Boże — Westchnęła dziewczyna. — Minie chyba wieczność, kiedy wreszcie będzie moja kolej!

Octavia uśmiechnęła się szeroko na jej słowa i posłała jej spojrzenie spod nieco zmrużonych powiek, siadając tuż obok niej.

— Stresujesz się testem? — zapytała, bawiąc się ściągaczami kaptura jej jasnoróżowej bluzy, którą teraz miała na sobie. Do kompletu dobrała jeszcze czarne legginsy i długie, puchate skarpety, które wystawały spod czerwonych crocsów.

Schneider nie musiała nawet się zastanowić, bo jej odpowiedź brzmiała twierdząco. Cholernie obawiała się tego testu. Miała wrażenie, że podczas jego trwania może wyjść na wierzch jej mała tajemnica, a tego by nie chciała. A do tego w pierwszy dzień szkoły! Kto by widział takiego supertajnego agenta jakim była ona?

— Tak — jęknęła rozpaczliwie. — Strasznie się stresuję! Nie wiem czego mam się spodziewać.

— Hej, głowa do góry! — zawołała jej towarzyszka. — Na pewno zaliczysz test. Wątpię czy nawet ktokolwiek by go oblał. Po prostu sprawdzą jaką mamy zdolność, klasę i te inne pierdółki... Nie ma się czego bać, serio — dodała, próbując pocieszyć koleżankę.

Brunetka żałowała, że zna się z nią dopiero parę godzin i nie może nawet uchylić rąbka tajemnicy. W ogóle nie powinna jej o niczym mówić! Lecz czuła się obrzydliwą oszustką. Z Octavią będzie dzielić pokój aż cztery lata, więc niemożliwe wydawało się ukrywanie prawdy przez ten cały okres czasu, a ona nie potrafiła kłamać. Zawsze wolała być szczera, pomimo konsekwencji, niż trzymać to wszystko w sobie i czekać, aż  całkowicie zgnije jej sumienie. Jednak teraz sytuacja diametralnie się zmieniła. Miała za wszelką cenę trzymać buzię na kłódkę i robić to co każe Rephaim. Nieważne jak ona się z tym czuła, ważniejsze było to, żeby wypełniła należycie powierzoną jej misję.

Byle do końca roku, pomyślała z rezygnacją i westchnęła – kolejny już raz tego wieczoru.

— Dzięki. — Wykrzywiła wargi w słabym uśmiechu.

— Nie ma problemu. — Uśmiechnęła się nieśmiało, kładąc dłonie na kolanach i zostawiając w spokoju ściągacze, które teraz smętnie opadły na swoje miejsce.

— A starsi uczniowie? Co z nimi? — odezwała się Schneider po dłuższej chwili milczenia, wprowadzając nowy temat do ich rozmowy.

— Będą chyba mieli już lekcje. Dyrektor miał im zorganizować jakieś spotkanie. — Blondynka wzruszyła lekceważąco ramionami, a jej współlokatorka drgnęła na słowo „dyrektor” i zaraz po tym szybko sobie o czymś przypomniała.

Zapomniała kompletnie o Rephaimie! Miała przecież do niego zadzwonić, po tym jak już dostanie się do szkoły. Jednak nie chciała z nim rozmawiać. Nie miała ochoty burzyć sobie radosnej atmosfery.

— Ciekawe jaki jest dyrektor... — zaczęła niepewnie, nie wiedząc jak miała pociągnąć dalej ten temat, a musiała dowiedzieć się na jego temat jak najwięcej informacji.

— Słyszałam, że jest strasznie sztywny i, że trzyma psa w swoim gabinecie — odparła całkowicie poważnie. — Amstaffa! Rozumiesz to? I do tego wabi się Snowflake!

Lucy mimowolnie parsknęła śmiechem, słysząc jej poważny ton głosu i widząc skupione spojrzenie utkwione w jednym punkcie.

— Może jest cały biały jak płatek śniegu... — Zastanowiła się, urywając w połowie zdania. — Ale tak czy siak, nie chciałabym natknąć się przypadkowo na tego psa i na dyrektora w sumie też.

— Jutro nie będzie dyrka, więc możesz czuć się bezpieczna. Mam nadzieję, że Snowflake'a także — dodała pośpiesznie, ale jej współlokatorka już nie słuchała.

— Nie będzie dyrektora? Dlaczego? — wypluła z siebie te pytania zbyt szybko i zbyt gwałtownie, co uświadomiła sobie dopiero po chwili. Zacisnęła usta, starając się nie poznać po sobie, że popełniła błąd.

Octavia być może nie zauważyła chwilowego wytrącenia z równowagi jej nowej koleżanki, ale z pewnością dostrzegła jak Lucy, która dotąd patrzyła się prosto w jej oczy, uciekła nagle wzrokiem w bok.

— Nie mam pojęcia. Może ma jakieś zebranie? Albo coś mu ważnego wypadło.

— Ważne, czyli takie jak zabranie Snowflake'a do weterynarza? — powiedziała żartobliwie, aby nieco rozładować swój stres marną próbą żartu.

Holloway przechyliła nieco głowę, a jej palce zawędrowały ponownie w kierunku ściągaczy, aby następnie znów się nimi bawić.

— Na przykład — skinęła głową, a jej spojrzenie prześlizgnęło się na mały zegarek w kształcie sowy umieszczony na jej biurku. — Och, jest już dwudziesta pierwsza.

— Powinnam pójść się wreszcie umyć.

— To prawda — przytaknęła blondynka, teatralnie zatykając dwoma palcami nos. — A ja powinnam wreszcie polatać trochę po lesie.

Obie wstały z krzeseł. Jedna chwyciła swoją kosmetyczkę wraz z piżamami oraz ręcznikiem, a druga podciągnęła swoje skarpety jeszcze wyżej i skierowała się do drzwi, porywając uprzednio z ucha sowy-zegarka kluczyk zawieszony na kółeczku.

— Wrócę za około godzinę, więc nie martw się o mnie. Muszę troszkę się wyszaleć. — oznajmiła z dłonią na klamce.

— Jasne, miłej zabawy! Później opowiesz mi jak było — zawołała w odpowiedzi.

Holloway wyszła, a w pokoju nastała cisza. Lucy głośno westchnęła, pocierając twarz zmęczonym gestem. Było blisko. Zbyt blisko. Rephaim z pewnością nie pozwoliłby jej na błędy.

Dopiero wtedy odczuła, że jest jej strasznie gorąco. Uchyliła lekko małe okno, aby do środka wpadło nocne powietrze. Trwała w stojącej pozycji zaledwie dłuższą chwilę, rozkoszując się przyjemnym, chłodnym wiaterkiem, który omiótł jej rozgrzane ciało.

Jeden z plusów sytuacji  wiedziała, że jutro nie będzie Clarence'a. To była idealna okazja na zrobienie pierwszego kroku.

Ale to później. Później zadzwoni do Rephaima. Teraz potrzebowała chwili spokoju.

Wyszła z pomieszczenia, uprzednio go zamykając na klucz, i od razu skierowała się ku drzwiom na końcu korytarza. W łazience znajdowało się całkiem sporo innych dziewczyn. Zignorowała je, kierując się do wolnych pryszniców położonych po jej prawej stronie. Wzięła szybką kąpiel, intensywnie myśląc nad tym co powie Rephaimowi.

Drugi plus sytuacji był fakt, że pokój miała pusty, więc nie musiała szukać innego dogodnego miejsca na rozmowę telefoniczną.

Wysuszyła ciało oraz włosy i przebrała się szybko w nową bieliznę oraz piżamy. Znalazła jakimś cudem wolną umywalkę, bo w łazience zaroiło się od jeszcze większej ilości dziewcząt.

Szorowała zęby, wbijając wzrok w ogromne lustro o złotej ramie i wspominając dzisiejszy dzień.

Bez wątpienia był męczący. Pożegnanie z jej bliskimi było zbyt krótkie oraz zbyt bolesne. Lot samolotem niesamowicie dłużył się, a bycie jedyną osobą w pierwszej klasie jeszcze bardziej to pogłębiło, bo nie mogła do nikogo się odezwać oprócz stewardess, które czasami zachowywały się zbyt natrętnie. Sama podróż do Akademii była dosyć ciekawa, biorąc pod uwagę to, że jej kierowcą był nadnaturalny. No i też się dowiedziała, że uczniowie z tej szkoły nie są mile widziani w Portland. A później została oznaczona numerem 00057442 przez sekretarkę, która przypominała konia. Poznała wreszcie swoją współlokatorkę, której tak bardzo się obawiała. Na szczęście jej obawy okazały się płonne. Miała nadzieję, że nie zepsuje tego przypadkiem swoją głupotą.

Na jej liście „do zrobienia” została tylko rozmowa z Panem. Chyba najgorsza część tego dnia, który w sumie był całkiem przyjemny. Skończyła wieczorną pielęgnację i wróciła do pokoju. Klapnęła na łóżko, pochylając się ku ścianie, aby dosięgnąć ładujący się właśnie telefon. Zanim wybrała numer Rephaima, zdążyła jeszcze zamknąć drzwi na klucz i ponownie opaść na materac. Wsłuchiwała się w denerwujący odgłos łączenia, kiedy wreszcie pan domu Schneider postanowił odebrać słuchawkę.

— I jak ci idzie? — zapytał chłodnym tonem na przywitanie.

— Jutro będę miała test na zakwalifikowanie mojej zdolności — wypaliła dosyć bezmyślnie, a w słuchawce rozległa się na moment cisza.

— Wyśmienicie, ale bardziej mi zależy na innych rzeczach — odparł, a Lucy widziała oczyma wyobraźni jak zirytowany zaciskał zęby.

— Nie widziałam jeszcze nigdzie dyrektora.

— Świetnie. — Nastolatka nie wiedziała czy to miał być sarkazm czy serio tak sądził.

— Ale wiem, że jutro nie będzie go przez cały dzień. — Lucy próbowała jako tako udobruchać Rephaima.

— Więc jutro wykonasz pierwszy krok — oznajmił gładko.

— Na czym będzie to polegało? — Wstała z łóżka i zaczęła się kręcić po pomieszczeniu.

— Wystarczy, że zażyjesz esencję, którą ci dała Meredith i założysz amulet.

— To wystarczy? — zapytała z cieniem zaskoczenia.

— Tak.

— Ale na pewno? — Czuła jak serce zaczyna szybciej bić, a w jej głowie powoli kiełkuje uczucie niepewności.

— Lucindo. — Jego głos zabrzmiał surowo i ociekał lodowatą beznamiętnością. — Bez żadnych pytań — wycedził przez zaciśnięte zęby.

Dziewczyna przystanęła przy biurku i oparła się o nie plecami. Przymknęła powieki, a drugą ręką, w której nie trzymała komórki, zaczęła masować skroń.

— Tak jest, Panie.

— Zrób to, kiedy słońce już dawno zajdzie i nie będzie żadnych świadków — rozkazał, a w następnej chwili rozłączył się, nie dając nastolatce niczego dopowiedzieć.

Odłożyła telefon na blat, po czym podeszła do swojej szafy. Otworzyła ją na oścież i sięgnęła po leżącą na samym dnie skórzaną torbę. Rozsunęła zamek, a jej oczom ukazała się małe pudełeczko oraz flakonik. Z głośno bijącym sercem wzięła je do ręki. Każdy przedmiot obejrzała z bliska, zastanawiając się jakim cudem one są w stanie jej pomóc w jutrzejszej akcji.

Musiała wymyślić idealną kryjówkę dla amuletu oraz esencji. Nie mogła pozwolić na to, aby ktoś je znalazł.

Chodziła przez chwilkę po pokoju, aż nagle zauważyła małą kratkę wentylacyjną położoną nad jej szafą, a tuż pod sufitem. Podstawiła sobie krzesło, aby móc swobodnie dosięgnąć do kratki przykręconej małymi śrubkami. Na to też znalazła sposób. Wygrzebała ze swojej kosmetyczki metalowy pilnik, którym nieporadnie je odkręciła. Zmarszczyła nos, gdy buchnął w jej stronę tuman gryzącego kurzu, którego odgoniła paroma ruchami głowy. Wsunęła ostrożnie artefakty w głąb kratki. Trwała tak chwilę, wlepiając wzrok w przedmioty, aby chwilę później szybko otrząsnąć się i przykręcić kratkę za pomocą pilnika. Odstawiła krzesło, po czym ułożyła się na łóżku jak gdyby nigdy nic.

Octavia mówiła prawdę, że wróci za godzinę. Lekko po dwudziestej drugiej, gdy Lucinda prawie przysypiała nad komórką, rozległo się donośne dobijanie się do drzwi. Dziewczyna wyrwała się z pół-snu i jak oparzona poderwała się na nogi.

Jak mogła zapomnieć, że zamknęła się na klucz?

— Już otwieram! — krzyknęła, podbiegając w susach do wejścia i otwierając je na oścież.

Jednak za nimi nie ujrzała zmiennokształtnej, lecz wysoką szatynkę z lekko zamroczonym wyrazem twarzy i potarganymi włosami. Przez chwilę obie po prostu patrzyły się na siebie, zbyt zdezorientowane, aby się odezwać.

— Ojej — wyrwało się nieznajomej na widok Lucy. — Ojej.

Bez słowa odwróciła się na pięcie i ruszyła chwiejnie do pokoju 443, który znajdował się tuż naprzeciwko. Zapukała w białe drewno, ale Schneider nazwałaby to raczej uderzaniem pięścią.

— Od kiedy mieszkamy w 443, Tiff? — zapytała z lekką nutką agresji, kiedy drzwi uchyliła kolejna nieznajoma dziewczyna z rozwalonym kokiem na głowie, ubrana w żółtą piżamę oraz skarpetki w podobnym kolorze.

Nastolatka zamrugała zaskoczona jej dziwnym pytaniem. 

— Od tego semestru przecież...? I nie jestem Tiff, tylko... — urwała. Zmrużyła podejrzliwie powieki, a później szeroko je otworzyła, kiedy zauważyła wyraz twarzy koleżanki. — Jasna cholera, Joslyn! Ty się upiłaś!

Pośpiesznie wpuściła szatynkę do pokoju i zatrzasnęła głośno drzwi, nie przestawając besztać współlokatorkę o jej skandaliczne zachowanie.

Lucy wciąż stała boso w progu i wbijała niedowierzający wzrok w drzwi naprzeciwko, próbując objąć rozumem co się właśnie stało.

— Hej, co ty tak stoisz, jakbyś ducha zobaczyła? — Rozmyślania przerwała Octavia, która zmaterializowała się tuż obok Schneider, kręcąc na palcu wskazującym kółeczkiem od kluczy.

— Tylko jakaś dziewczyna pomyliła pokoje. Pijana dziewczyna — dodała, gdy się wreszcie otrząsnęła ze zdziwienia. — To było dziwne, ugh.

Holloway wpierw co zrobiła po wejściu do pokoju to zamknęła okno, które teraz było otwarte na oścież, a następnie zawiesiła klucze na uchu sówki.

— Jeju, jak zimno! Jak mogłaś wytrzymać w takim chłodzie? — zapytała, kiedy Lucy zamknęła drzwi i usiadła na łóżku.

— Lubię spać, kiedy wiatr tak hula. — Wzruszyła ramionami. — No wiesz, przebywanie ze swoim żywiołem.

— Och, to wybacz. Zaraz znów otworzę... — Blondynka już się podnosiła, aby podejść do biurka, ale przerwała jej współlokatorka.

— Nie musisz. I tak powinnam już pójść spać. Jutro pracowity dzień — rzuciła z udawanym entuzjazmem. — A jak u ciebie? Polatałaś sobie po lesie?

Octavia energicznie pokiwała głową. Wydawała się taka radosna oraz wypoczęta w przeciwieństwie do Lucy, która właśnie głośno ziewała.

— W sumie było tak jak zawsze. Byłam tu i tam. Nawet zapolowałam.

— Co upolowałaś? — Schneider ułożyła się wygodnie pod kołdrą, a jej powieki co rusz opadały, jakby ważyły z tonę.

Blondynka szybko przebrała się we własne piżamy, zgasiła światło i położyła się na materacu.

— Mysz? To chyba była mysz. O ile nie szczur.

— Fuj, mysz — mruknęła sennie Lucy.

Zmiennokształtna usłyszała jak koleżanka ponownie głośno ziewała. Uśmiechnęła się pod nosem. Jednak  kiedy przewróciła się na prawą stronę, twarzą do ściany, jej wargi zacisnęły się w kreskę.

Tej nocy jedna z nich zasnęła z ogromnym mętlikiem myśli, które ją męczyły i nie dawały jej upragnionego spokoju. A druga? Ona natomiast zapadła w łagodny sen, wyobrażając sobie, że znajduje się na wysokim wzgórzu, pośród wysokiej trawy, która uginała się pod wpływem silnego wiatru, a rzeczywistość i problemy są tylko odległymi punktami gdzieś tam na niebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz