Lucy próbowała nie rozpamiętywać feralnego dnia, który miał być jej cudownymi urodzinami, a przerodził się w dzień pełen niedowierzania, zaskoczeń i wymiocin. Tak, zdecydowanie wymiocin. Fuj.
Tak więc, nastolatka przez następne tygodnie starała się zapomnieć o nadchodzącej szkole i wielu sprawach z nią związanych. Spędzała głównie czas w swoim pokoju, zatapiając się w różnych lekturach naukowych. Czasem Meredith udawało się ją zabrać na wspólne zakupy.
Minęły może dwa tygodnie od jej szesnastych urodzin, kiedy młoda Schneider postanowiła wyjść wreszcie ze swojej przytulnej kryjówki zwanej pokojem i dumnie wymaszerowała na zewnątrz, dzierżąc w dłoniach jej jedną z naprawdę wielu książek.
Położyła się wygodnie na tym samym leżaku, co dwa tygodnie wcześniej, uprzednio rozkładając stojący obok parasol, aby ciepłe promienie słoneczne nie mogły jej dosięgnąć.
Zadowolona zatopiła się w książce, która nosiła wyniosły tytuł: „Wiek XIX. Historia początków magii.” Nie była to jej wymarzona lektura na wakacje, jednak czasami lubiła zagłębiać się w historię, a szczególnie czarodziei. To było niesamowite jak dużo się zmieniło w magii od wieku dziewiętnastego. Na przykład, przestano używać różdżek ze względu na bezpieczeństwo oraz małą efektowność zaklęć. Przedmioty te potrafiły zostawić trwałe uszkodzenia psychiczne, kiedy jakiś niedoświadczony czarodziej rzuciłby złe zaklęcie. Przestawiono się na magię wykonywaną przez dłonie i... krew. Nie istniało wtedy zagrożenie, że niewłaściwy czar się odbije i nie powróci ze zdwojoną siłą do właściciela, a krew została ważnym czynnikiem w magii. Zachowywała się jak łącznik pomiędzy czarodziejem a zaczarowanym obiektem, splatając ich w nierozerwalny supeł, który nikt ani nic nie mogło rozerwać, a wtedy mag do końca życia był związany ze swoimi obiektami. No i wraz z użyciem krwi przyszły także szersze możliwości, które nie były dostępne za czasów różdżek.
Ciszę nagle przerwał cichy odgłos szeleszczenia. Dziewczyna podniosła wzrok znad książki, uważnie lustrując pobliskie klomby krzaków, z których wydobywał się ów podejrzany dźwięk.
Liście głośno się zatrzęsły, kiedy z jednego z niskich krzaczków wyskoczyła gwałtownie czarna kotka, wprost na rozgrzane przez słońce kafelki basenu.
Brunetka wywróciła oczami na widok zwierzaka.
— Meredith, nudzisz się? — westchnęła, patrząc przez chwilę z pobłażaniem na czarodziejkę, po czym wróciła wzrokiem na nieco pożółkłe kartki księgi.
Kot miauknął przeciągle, jakby twierdząco, po czym prychnął i podreptał znów do krzaków, aby chwilę później wrócić już w nagim, ludzkim ciele.
Kobieta sięgnęła po porzucony na leżaku kremowy strój kąpielowy, którego młodsza wcześniej nawet nie zauważyła. Szybko go założyła na siebie i zwróciła się do brunetki.
— Co czytasz? — Przysiadła na drugim siedzeniu, także schowanym przed prażącym słońcem, spoglądając z zainteresowaniem na książkę trzymaną przez nastolatkę.
— „Wiek XIX. Historia początków magii” — wyrecytowała, nie odrywając spojrzenia od lektury.
— Chce ci się to czytać? W wakacje? — zapytała się z niesmakiem czarnowłosa. — Jest taka piękna pogoda, a ty gnijesz nosem w książce!
Schneider wywróciła lekceważąco oczami, a później ponownie wbiła wzrok w kartki opasłego tomiska.
Czarodziejka natomiast podniosła się z siedzenia, widząc braku zainteresowania jej osobą, po czym ruszyła w stronę drabinek prowadzących prosto w głąb basenu.
Lucy rzuciła okiem na idącą chudą kobietę. Jej ciało zawsze było blade i nieskazitelnie gładkie, jakby wykonane z marmuru i obleczone aksamitem. Nie wyglądała na ponad czterdzieści lat. Twarz zawsze miała gładką, bez żadnych zmarszczek ani skaz, a ciemne, krótkie włosy, które sięgały zaledwie do jej szczupłych ramion, lśniły zdrowym, naturalnym blaskiem. Naprawdę trudne byłoby dostrzeżenie choćby jednego siwego pasma czy jakiekolwiek blizny na skórze. Nadal to dziwiło Lucy, która miała tyle zadrapań oraz szram zdobytych przez jej głupią, ludzką ciekawość (no i też nieporadne golenie nóg), że nie potrafiła ich wszystkich porządnie zliczyć.
Kobieta zdecydowanie weszła do wody i od razu zanurkowała, znikając z pola widzenia szesnastolatki, która równie szybko powróciła do przerwanej czynności.
— Meredith — zaczęła, kiedy czarodziejka po dłuższej chwili wreszcie wypłynęła spod wody. — Czemu chciałaś być zmiennokształtną?
Nastolatkę zawsze to intrygowało, ale nie miała nigdy wystarczającej odwagi i sposobności, aby się o to zapytać. A teraz nadarzyła się idealna okazja, kiedy dziewczyna skończyła czytać rozdział „Zmiennokształtność wśród czarodziei w XIX wieku”, a opiekunka była tuż obok niej.
— Nie zmiennokształtną — poprawiła Lucindę ze zmarszczonymi brwiami, opierając się łokciami o krawędź basenu. — Czarodziejką, która potrafi zamieniać się w zwierzę, a konkretniej w czarnego kota.
— Dlaczego? — powtórzyła z naciskiem.
Czarnowłosa przechyliła nieco głowę, powracając myślami do dawnych czasów.
— Pomyślałam, że to całkiem fajne bycie kotem i, no cóż, jakoś mi się udało. — Jej wyjaśnienia były co najmniej dziwne dla Lucy, która mierzyła ją podejrzliwym wzrokiem. — Nie patrz się tak na mnie. Każdy ma jakieś dziwne zachcianki. Ty pewnie też chciałabyś zamieniać się w jakieś zwierzątko. Po za tym, dlaczego pytasz? — Szybko zmieniła temat.
— Och — westchnęła. — Tak tylko. Właśnie czytałam w książce o zmiennokształtności i się tak zastanawiam po prostu. — Wskazała na trzymaną przez nią lekturę.
Starsza pokiwała w zrozumieniu głową, po czym odepchnęła się od brzegu i znów zanurkowała, uznając temat za skończony. Jednak nie dla Lucy, która intensywnie rozmyślała.
Czarodzieje mogli „dodać” sobie nową umiejętność jaką jest zmiennokształtność czy chociażby władza nad konkretnymi żywiołami, którą posiadali akurat obdarzeni. Jednak to nie było takie łatwe jak się wszystkim wydawało. Wymagało to naprawdę sporo czasu, magii, siły i krwi. Mnóstwo krwi. Tak opisywali to w książkach poświęconych magii czy chociażby profesorowie nastolatki. Jednak nie rozumiała jednego. Dlaczego to robią? Czy możliwość przemiany w psa, pingwina czy lamparta wydawała się aż tak kusząca, że potrafili poświęcić nawet swoje życie, aby to osiągnąć? Ale jak sama Meredith powiedziała. Każdy ma różne zachcianki. Jednak ta odpowiedź nie rozwiała dostatecznie wszystkich wątpliwości Lucy.
Wróciła do lektury, zaczynając teraz nowy rozdział o nazwie „Wybuch wojny o wolność”, jednak uwagę jej przykuł dziwny, głośny bulgot dobiegający spod tafli wody.
Podejrzliwie wstała z leżaka, odkładając książkę na bok. Szła drobnymi kroczkami do brzegu basenu, a bulgoczące odgłosy wciąż nie ustawały. Wstrzymała na chwilę oddech, kiedy zobaczyła jak na dnie niewyraźny kształt sylwetki Meredith wierzgał i miotał się, rozpaczliwie próbując wydostać się na powierzchnię. Już w następnej chwili nastolatka w ubraniu wskoczyła do wody, płynąc z odsieczą. Zanurkowała, a jej oczom ukazał się straszliwy widok, który mocno wstrząsnął szesnastolatką.
Czarne, krótkie włosy unosiły się niczym aureola nad głową kobiety. Twarz miała wykrzywioną w lęku i bólu, a z jej ust wydobywały się krzyki, które zamieniały się w małe bąbelki powietrza. Desperacko próbowała odepchnąć się od dna, jednak z każdą mijającą chwilą jej ruchy stawały się coraz słabsze i mozolniejsze. Lucy nigdy nie widziała czterdziestolatki w takim stanie. Było to dla niej przerażającym odkryciem, nad którym teraz nie chciała się rozwodzić.
Nie czekając ani chwili dłużej, podpłynęła do jej ciała, chwyciła ją za pachy, po czym mocno poderwała się do góry. Było to ciężkie, ze względu na czarodziejkę, która wciąż się szamotała. Meredith łapczywie zaczerpnęła głęboki haust powietrza, kiedy obie znalazły się ponad taflą. Nastolatka kurczowo trzymała ją za ramiona, bojąc się, że znów zacznie się nagle topić.
Czarnowłosa podniosła powieki, a młodsza Schneider z lękiem stwierdziła, że jej oczy są co najmniej dziwne oraz straszne zarazem. Czarodziejka zawsze miała ciemnobrązowe tęczówki, jednak teraz były całe przysłonięte gęstą, jasną mgłą, a białka ozdabiały liczne, grube żyłki, które wzięły się wręcz znikąd. Kobieta wbijała przez chwilę nieobecny wzrok prosto w zaniepokojone oczy nastolatki.
— Nigdy nie ufaj wodzie — rozkazała jej dziwnym, odległym tonem, a Lucy przeszły zimne ciarki po plecach.
Powoli zamrugała kilkakrotnie, a jej mętne spojrzenie odzyskało utraconą ostrość.
Kiedy obie wyszły z trudem na brzeg basenu, żadna z nich się nie odzywała. Meredith zatopiła się w swoich myślach, rzucając raz po raz okiem na przemokniętą i rozdygotaną szesnastolatkę. Siedziała skulona na krawędzi, drżąc od zimna, mimo wysokiej temperatury powietrza, oraz od nadmiaru emocji.
— Lucy... — zaczęła słabo starsza, ale szybko przerwała jej młodsza.
— Co to miało być? — zapytała chrapliwie, nie kryjąc się z targającymi nią emocjami.
Czarodziejka westchnęła ciężko, czując, że stąpa po cienkim lodzie.
— Straciłam orientację i zapomniałam po prostu jak się pływa i... — Nie skończyła, bo sama nie wiedziała co ma powiedzieć, żeby to brzmiało w jakimś calu wiarygodnie.
Lucy po chwili odkryła, że po jej mokrych już policzkach ciekną słone łzy. Pokręciła wolno głową.
— Przestań — szepnęła, po czym wstała niezgrabnie i ruszyła do środka, ani razu nie patrząc za siebie.
Meredith zauważyła, że nie wzięła ze sobą książki. Chciała krzyknąć, ale dziewczyna była już za drzwiami. Ponownie westchnęła, odgarniając dłońmi przylepione do karku włosy.
To było straszne. Widziała tylko ciemną toń wody, przebłysk nurkującego mężczyzny i chmarę dziwnych, małych stworzeń... Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Ukryła twarz w dłoniach, starając się o tym wszystkim zapomnieć, ale wiedziała, że ten ciąg obrazów będzie nawiedzać ją przez następne noce.
Pozostała reszta wakacji minęła spokojnie. Lucy kursowała pomiędzy Filadelfią a domem i czasami też Pittsburghiem. Wraz z Meredith załatwiały wszystkie sprawy przed wyjazdem nastolatki do akademii. Kupowały książki, przybory, ubrania i różne szpargały, które z pewnością przydadzą się w internacie.
Nie rozmawiały o tym incydencie. Meredith starała się o nim zapomnieć, a Lucy uwierzyć w jej beznadziejne tłumaczenia. Mimo tego, nadal ze sobą swobodnie rozmawiały, śmiały i spędzały razem ostatnie dni wakacji. Jednak obie widziały, że na ich relacji powstała pierwsza, głęboka rysa.
Dziewczyna nieraz jeszcze rozmawiała o „formalnościach” (tak to nazywała) z Panem. Objaśnił parę spraw (nie, nie tych, o których chciała się dowiedzieć), podarował jej nowy telefon, aby nie było żadnych trudności z komunikacją i to w sumie tyle.
Lucy była podekscytowana, a zarazem niesamowicie przerażona nadciągającą przygodą.
Nigdy nie chodziła do takiej prawdziwej szkoły i nie miała pojęcia, czego ma się spodziewać. Wcześniej przyjeżdżali do posiadłości profesorowie, których wynajął Rephaim. Miała pięciu nauczycieli. Czworo z nich było czarodziejami, a tylko jeden zwykłym człowiekiem. George Wilson, Brytyjczyk o mocnym akcencie, którego czasami Lucy nie potrafiła zrozumieć, uczył ją typowo ludzkich przedmiotów na podstawowym poziomie. Matematyka, fizyka, język angielski, biologia, chemia, geografia oraz historia były broszką pana Wilsona. Natomiast pozostała czwórka profesorów nauczała przedmiotów ściśle powiązanych z nadnaturalnym światem. Najbardziej polubiła zajęcia o historii magii prowadzone przez pana Whittmanna, który był najfajniejszym nauczycielem. Nieczęsto szczędził Lucy swoich żartów, które najczęściej były kompletnie nieśmieszne, ale za to polubiła go najbardziej. Był swobodny, luźny, potrafił śmiać się z sam siebie (co nie można było powiedzieć o pozostałych), mógł godzinami rozmawiać o wojnie secesyjnej. I to od niego nastolatka zaraziła się miłością do historii.
Tak czy siak, młoda Schneider nie wiedziała czego ma się spodziewać. Dlatego była bardzo wdzięczna Meredith, która zaledwie dwa dni przed odjazdem wręczyła jej gruby stos plików schowany w sztywnej kopercie, zwany szerzej regulaminem Akademii.
Lucy zabrała się za niego dopiero wieczorem, już po relaksującej kąpieli i tuż przed wielkim dniem wylotu.
Usiadła wygodnie na swoim łóżku, uprzednio otwierając wszystkie okna na oścież wraz z balkonem. Pozwoliła, aby wiał delikatny wiaterek, ale na tyle słaby, aby nie mógł unosić jej włosów.
Wzięła głęboki oddech, po czym powoli rozerwała kopertę z eleganckim herbem w rogu, na który wówczas nie zwróciła uwagi.
Pierwsza kartką okazała się mapa całego budynku z zaznaczonym internatem dla dziewcząt oraz oddzielnym dla chłopców, salami lekcyjnymi, jadalnią, pomieszczeniami dla personelu i nauczycieli, salą gimnastyczną, salami do ćwiczeń, aulą, dziedzińcem w środku, biblioteką, szpitalem oraz łazienkami.
Wodząc wzrokiem po korytarzach, dziewczyna wyobrażała siebie idącą z koleżanką u boku, rozgadaną, szczęśliwą i z książkami pod pachą. Jednak szybko porzuciła tą myśl. Nie, nigdy tak nie będzie.
Przełożyła kartkę, a jej oczom ukazała się kolejna, tym razem bez żadnego rysunku. Na samej górze widniał pogrubiony tytuł: Zajęcia dostępne w Akademii.
W Akademii imienia Doriana Waltera jest możliwość wybrania pięciu zajęć dodatkowych, których lekcje będą odbywały się przez dwa semestry. Po za zajęciami dodatkowymi są także zajęcia obowiązkowe dla obu grup takie jak:
- socjologia,
- wiedza o stworzeniach magicznych,
- wiedza o zmiennokształtnych,
- wiedza o obdarzonych,
- wiedza o czarodziejach,
- język angielski,
- historia magii,
- samoobrona,
- wychowanie fizyczne,
- matematyka,
- geografia nadnaturalnego świata
- język francuski/niemiecki/rosyjski/włoski/hiszpański.
Zajęcia obowiązkowe dla zmiennokształtnych:
- samokontrola,
- zoologia.
Zajęcia obowiązkowe dla obdarzonych:
- kontrola nad żywiołami,
- natura w teorii.
Zajęcia dodatkowe:
- wiedza o wampirach,
- wiedza o wilkołakach,
- jeździectwo,
- literatura,
- dramat,
- taekwondo/karate/joga,
- biologia,
- chemia,
- fizyka,
- baseball/tenis/koszykówka/futbol,
- ogrodnictwo i uprawa roślin nadnaturalnych.
Na załączonym formularzu każdy uczeń może wybrać maksymalnie pięć zajęć dodatkowych. Formularz należy dostarczyć do sekretariatu do końca pierwszego dnia szkoły (28.08.2017r.).
Lucy podniosła kartkę, a pod nią zauważyła kolejną — formularz, o którym była wcześniej mowa. Odłożyła je na bok, zabierając się za następne dokumenty.
Napis u góry głosił: Regulamin Akademii imienia Doriana Waltera, a pod nim rozciągał się długi, przejrzysty tekst z wyszczególnionymi podpunktami oraz pogrubionymi niektórymi wyrazami, który kończył się dopiero na drugiej stronie.
Witaj,
Akademia imienia Doriana Waltera to szkoła dla zmiennokształtnych oraz obdarzonych. Bardzo jesteśmy radzi, że możemy Cię gościć w naszych skromnych progach. Od wielu lat działamy według zasad ustalonych przez jego założyciela, Doriana Waltera.
Przestrzegaj regulaminu, a opuścisz naszą szkołę pełen miłych wspomnień. Jeśli złamiesz którąś z zasad, zostaniesz surowo ukarany.
- Zabrania się uczniom wypraw po godzinie 20.00 do lasów znajdujących się wokół szkoły.*
- Brama otwierana jest w piątki o godzinie 18.00, a zamykana w niedzielę o 24.00. Jeśli do tej godziny uczeń nie dotrze do szkoły zostanie bezzwłocznie z niej wydalony.
- Uczeń ma zakaz opuszczania terenu szkoły w tygodniu bez uzyskanej uprzednio zgody nauczyciela.
- Żaden z uczniów nie ma prawa mówić o swojej nadnaturalnej tożsamości poza murami szkoły ani o prawdziwej naturze Akademii.
- Od 2015 roku wstęp do wieży widokowej jest surowo zabroniony dla wszystkich uczniów.
- Zabrania się uczniom wstępu do pomieszczeń personelu oraz nauczycieli.
- Uczniowie od razu po swoim przyjeździe mają obowiązek stawienia się w sekretariacie po odbiór swoich identyfikatorów.
*zakaz nie obejmuje zmiennokształtnych w zwierzęta nocne. Jednakże wtedy mają stawić się i potwierdzić swoją obecność w sekretariacie najpóźniej o godzinie 22.30.
Dla pierwszoklasistów!
W pierwszy dzień szkoły uczniowie z grupy obdarzeni na pierwszym roku mają obowiązek stawienia się pod salą numer 1, aby przydzielić ich zdolność do odpowiedniej klasy (I-III) poprzez test sprawdzający.
W ten sam dzień uczniowie z grupy zmiennokształtni na pierwszym roku mają obowiązek stawienia się pod salą numer 2, aby rozpoznać ich gatunek zmiennokształtności (ssak, ptak, ryba, gad, płaz) poprzez test sprawdzający.
Uczniowie zostaną wyczytywani alfabetycznie przez radiowęzeł.
Nastolatka zaskoczona podniosła wzrok znad regulaminu. Istniało takie coś jak klasyfikacja zdolności? Na jakiej zasadzie działał ten test? Dziewczyna nie miała o nim zielonego pojęcia. Zawsze myślała, że jedynie da się sklasyfikować obdarzonych poprzez podział ich na żywioły, czyli: woda, ziemia, powietrze i ogień.
Zastanowiła się przez jedną chwilkę.
To jaką ona ma klasę zdolności?
Odrzuciła regulamin na kupkę papierów. Miała teraz przed sobą małą mapkę internatu dla dziewcząt oraz dla chłopaków. Obydwa wyglądały tak samo z dużym salonem, balkonem i rzędem dwuosobowych małych pokoi poustawianych wzdłuż długiego korytarza, na którym końcu znajdowała olbrzymia łazienka z prysznicami i małą pralnią.
Lucy uświadomiła sobie, że właśnie tam będzie spędzać większość swojego czasu. Wraz ze swoją współlokatorką. Drgnęła nieznacznie na tą myśl, po czym błyskawicznie wyrzuciła ją z głowy i zajęła się następną kartką.
Tym razem to był regulamin internatu, który szesnastolatka przyjęła z nikłym entuzjazmem.
- Codzienny, wieczorny obchód o godzinie 23.00 po pokojach dokonuje lider lub liderka (w zależności od internatu).
- Uczniowie zobowiązani są do utrzymywania czystości w pokojach oraz salonie wspólnym.
- Istnieje możliwość prania ubrań w pralni znajdującej się w łazience.
- Personel zajmuje się wymienianiem pościeli, odkurzaniem oraz wyniesieniem śmieci.
- Uczniowie mają zakaz przebywania podczas ciszy nocnej w nieswoich pokojach.
- Pokoje są dwuosobowe, a współlokatorzy z pierwszego roku zostają wybrani losowo na cztery lata nauki.
- Cisza nocna obowiązuje od godziny 23.00 do 7.00.
Schneider poczuła jak kręci jej się w głowie od tych wszystkich zakazów i nakazów. Z westchnięciem odrzuciła regulamin, aby chwilę potem zauważyć z zadowoleniem, że w dłoniach trzyma ostatnią już kartkę.
Na górze, po środku strony został umieszczony herb Akademii o wyrafinowanym kształcie, gdzie szeroka, falowana góra zwężała się w łagodny szpic, z którego piął się w półkolu ku górze ciemnozielony wieniec laurowy otoczony złotą wstęgą o finezyjnym napisie: Akademia imienia Doriana Waltera. Ciemnoczerwony środek herbu został przedzielony na pół przez filigranową kreskę. Po jednej stronie widniało złote słońce, symbolizujące naturę i obdarzonych, a po drugiej równie złoty centaur, koń z tułowiem człowieka, który był symbolem zmiennokształtnych oraz ich przemiany.
To był chyba najpiękniejszy herb jakikolwiek widziała w życiu.
Przez następne chwile z uwagą przyglądała się mu od nowa, analizując każdą jego misterną część. Później jej spojrzenie spadło na dół i spotkało się z kolejnym tekstem, a konkretnie spisem wszystkich nauczycieli wraz z nauczanymi przez nich przedmiotów. Przeleciała szybko wzrokiem po nazwiskach, nie rozpoznając żadnego z nich. Aż na końcu zauważyła imię oraz nazwisko dyrektora Akademii.
Clarence Griffith.
Był jej wrogiem. Choć nie czuła do niego chłodnych lub negatywnych uczuć. Zostało narzucone z góry to, że ma do niego pałać nienawiścią. Ale... dlaczego? Jaki sens ma ta cała misja? Czemu Rephaim był niesamowicie pewny tego, że Lucy uda się wykonać powierzone jej zadanie? A jak zawali sprawę? Jak wszyscy odkryją, że jest szpiegiem?
Nieco zirytowanym gestem poskładała dokumenty i wcisnęła je znów do koperty, którą rzuciła na szafkę nocną. Schowała twarz, przyciskając do niej drżące dłonie.
Bała się. Tylko tyle potrafiła powiedzieć o swoim stanie psychicznym. Dygotała z przerażenia, być może także i z zimna, które przyniósł ze sobą nocny wietrzyk. Upragnionego ukojenia nie dało nawet małe tornado, które utworzyło się wokół jej osoby i porwało ciemne włosy w gwałtowny taniec.
To już jutro. Ta myśl całkowicie obezwładniła szesnastolatkę, napawając ją stresem, od którego spięła całe ciało. Jutro. Słyszała jak jej serce głośno kołacze się w piersi, a oczy powoli wilgotnieją.
Nie minęła chwila, a skulona dziewczyna opadła z plaskiem na łóżko, zanosząc się cichym płaczem.
Czuła się taka samotna w tym pustym pokoju, z którego zniknęły wszystkie jej osobiste rzeczy. Znajdowało się tu tylko łóżko z pogniecioną, białą pościelą, świecące pustką biurko, opróżniona szafa z komodą i biblioteczka, z której półek zniknęło parę ulubionych książek Lucy.
Kiedy skończyła szlochać, nie poczuła się ani trochę lepiej. Znów na jej ramiona spadła smutna rzeczywistość, której coraz bardziej nie lubiła obdarzona.
Nieporadnie wsunęła się pod zimną kołdrę, od której dostała lodowatych dreszczy. Skuliła się do pozycji embrionalnej, mocno zaciskając powieki. Zasnęła dopiero po godzinie w łagodnym świetle lampki nocnej, uspokajana przez delikatny szum przelatującego wiatru. Jednak nie było jej dane spokojnie spać. Wielokrotnie budziła się w nocy drżąca od lęku i zlana zimnym potem, aby chwilę później znów zapaść w niespokojny sen.
Pierwsze promienie słoneczne przebijające się leniwie przez zasłonki były dla niej prawdziwym wybawieniem. Z ulgą wstała i poszła do swojej łazienki, aby wziąć naprawdę gorącą kąpiel.
Na śniadanie zeszła nieco wcześniej niż zwykle. No dobra, prawie godzinę wcześniej. Na szczęście kucharki były już od dawna na nogach, więc nie było problemu z jej wcześniejszym przybyciem. Później dołączyła do niej zaspana Meredith z prawdziwym gniazdem na głowie w długim, puchatym szlafroku. A zaraz po czarnowłosej przyszedł Rephaim z tym samym obojętnym wyrazem twarzy i lodowatym spojrzeniem utkwionym w swoim śniadaniu.
Normalność.
Lucy siedziała na głównych schodach posiadłości ze skórzaną torbą pod nogami i z rosnącym stresem w głowie. Obserwowała jak lokaj Albert wynosił wszystkie jej walizki z pokoju i wsadzał do bagażnika czarnego Rolls Royce'a Ghost zaparkowanego na kamiennym podjeździe tuż obok kolejnych marmurowych schodów.
To się dzieje naprawdę, przeleciało jej mimochodem przez myśl.
Nad nią zmaterializowała się nagle Meredith z zamyślonym wyrazem twarzy. Stanęła na tym samym stopniu, na którym siedziała młodsza Schneider, poprawiając cienkie ramiączka czarnej, obcisłej sukienki, kończącej się dopiero nad kostkami.
— Stresujesz się? — z jej ust padło takie pytanie, bo nie miała pojęcia jak inaczej zacząć rozmowę.
Brunetka wzruszyła ramionami.
— Trochę. Staram się o tym nie myśleć. — Wstała, wzdychając i widząc jak Albert niesie już ostatni jej bagaż do auta.
— Dasz sobie radę — uśmiechnęła się ze spokojem, aby chociaż trochę uspokoić nastolatkę.
Zaczęły powoli schodzić po szerokich schodach. Lucy niespecjalnie się śpieszyło, w przeciwieństwie do jej samolotu, który miał odlecieć z Filadelfii już za cztery godziny.
— Mam taką nadzieję. — Obie zatrzymały się w progu wielgachnych drzwi wejściowych, stojąc twarzą w twarz naprzeciwko siebie.
Czarodziejka przyciągnęła młodszą do siebie, zamykając ją w ciepłym uścisku. W jej ramionach szesnastolatka znów zaczęła dygotać, będąc na skraju histerycznego płaczu.
Tak bardzo nie chciała opuszczać rezydencji! Czuła się niesamowicie przywiązana do tego miejsca. Nie miała ochoty zostawiać tutaj samej Meredith, Heleny Marii... A nawet Alberta!
Ale Akademia była tą szansą, która wywróci jej życie do góry nogami. Miała możliwość zmiany swojego życia, a ona tak się jej cholernie bała. Obiecała sobie w myślach, że zrobi wszystko co w jej mocy, aby Pan był zadowolony. Zrobi te misje. Uda jej się.
Przyjemną chwilę przerwało nagle uczucie obserwowania. Dziewczyna przekręciła głowę, aby ujrzeć stojącego na szczycie schodów Rephaima świdrującego ją intensywnym wzrokiem.
Niepokój ścisnął jej żołądkiem na widok ponurego czarodzieja. Niechętnie oderwała się od kobiety, aby chwilę potem podejść do stóp ogromnych schodów.
— Do widzenia, Panie. — Ukłoniła się i znów na niego spojrzała.
Milczał, bo jego hebanowe oczy mówiły za niego.
Wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem pognała przez hol. Wyminęła Meredith, która patrzyła na nią z prawdziwą matczyną troską, Alberta, który natomiast posłał jej znudzone spojrzenie i skinął lekko głową na pożegnanie. Lucy odpowiedziała mu spiętym uśmiechem i już w następnej chwili znalazła się w bogatym wnętrzu Rolls Royce'a.
Wyjrzała przez przyciemnianą szybę, dostrzegając machającą do niej Meredith, która później zamieniła się w czarną plamę o rozmytych krawędziach.
O Boże, znów się rozbeczała.
Samochód ruszył, kierowany przez szofera. Lucy zapięła pasy, raz po raz cichutko pochlipując. Niezapięta torba wylądowała na siedzeniu, z której wyleciało parę rzeczy, a wśród nich było zdjęcie, które dostała wcześniej od Heleny Marii, kiedy się wylewnie żegnały.
Przedstawiało ono ją w wieku sześciu lat, zrobione zaledwie dekadę temu, tuż po jej przyjeździe do rezydencji Schneiderów. Uśmiechnięta od ucha do ucha, bawiła się lalkami, a koło niej siedziała Meredith, która także podzielała radość dziewczynki.
To było dziwne oglądanie siebie oraz Meredith młodszej o dziesięć lat. Miała wrażenie, że czas pędził strasznie szybko i teraz nieubłaganie ciągnął ją w stronę dorosłości. Lucy nie nie czuła się dorosła ani na razie nie chciała stać się dorosłą. Wolała tkwić w okresie dorastania i nie mieć innych problemów poza „Na jaki kolor pomalować paznokcie?” lub „Czy pan Wilson nakrzyczy na mnie, kiedy zapomnę mu oddać esej na biologię?”.
Z delikatnym uśmiechem na ustach schowała fotografię z powrotem do torby wraz z innymi szpargałami, które wypadły.
Ułożyła się wygodnie na skórzanym siedzeniu. Przed nią dwie godziny jazdy samochodem, a następnie siedem długich godzin lotu z Filadelfii do Portland (na szczęście bez przesiadki) w stanie Maine. Przymknęła oczy, starając się odespać ciężką noc chociaż w małym stopniu.
Lucy nie lubiła ścisku. Dlatego ucieszyła się (tylko troszeczkę), kiedy Meredith zabukowała jej lot na pierwszą klasę. Siedziała teraz w diabelsko miękkim fotelu, oglądając ze znudzeniem film wyświetlany na ekranie telewizora.
To była szósta godzina lotu i piąty film, który chciała obejrzeć, ale wyłączyła go zaledwie po dziesięciu minutach. Nie potrafiła na niczym się skupić. Rozpraszała ją świadomość, że Portland i ją dzieliła jedna tylko godzina samolotem. Jedna godzina. Sześćdziesiąt minut.
Nie mogła uwierzyć, że już za chwilę stanie na ziemi Maine i wyruszy do swojej przyszłej szkoły.
Na tą myśl jej serce przyśpieszyło z pompowaniem krwi. Przełknęła nerwowo ślinę i upiła łyk wody z butelki.
Godzina. Została tylko jedna godzina.
Włączyła kolejny seans. Tym razem udało jej się znaleźć w odmętach biblioteki film animowany o dziwnych, żółtych potworkach. Nawet i to Lucy nie zainteresowało zbytnio. Raz po raz spoglądała przez małe, okrągłe okienko wprost na śnieżnobiałe, puszyste obłoki chmur leniwie płynące pod samolotem. Pomiędzy nimi mogła dostrzec przedzierające się drobne skrawki kolorowych pól, wysokich miast oraz ciemne połacie lasów, a te ostatnie pojawiały się coraz to częściej poprzetykane stromymi czubkami górami.
Oderwała wzrok, po czym przełączyła na małym ekraniku widok na aktualną trasę lotu. Lecieli właśnie nad stanem New Hampshire, a konkretniej nad okolicą miasta o nazwie Conway.
U jej boku nagle zmaterializowała się stewardessa, kiedy dziewczyna ze znużeniem przyśpieszyła kreskówkę do napisów końcowych.
— Za dwadzieścia minut lądujemy. — oznajmiła sympatycznie z przyklejonym na wargach uśmiechem. — Czy pani coś jeszcze podać?
Lucy przez moment zastanowiła się czy aby nie bolą jej czasami usta od tego szerokiego uśmiechu, a potem pokręciła głową. Przez ten stres żołądek ścisnął się boleśnie w supeł i naprawdę nie miała ochoty na jedzenie.
— Nie, dziękuję. — posłała jej spięty uśmiech i, kiedy kobieta zniknęła, wyłączyła całkowicie telewizor, po czym znów przełączyła na widok trasy lotu.
Centymetr od Portland.
Tak, dzieliło ją dziesięć milimetrów od miasta. Oczywiście w skali.
Zaledwie czterdzieści minut później od Portland ją dzieliło zupełnie nic. Kiedy postawiła stopę na ziemi stanu Maine, nie poczuła nic szczególnego. Jedynie zakręciło się jej nieco w głowie i zaschło w gardle.
— Znowu te cholerne, bogate dzieciaki!
Lucy nie spodziewała się takiego przywitania, wychodząc z lotniska i z trudem ciągnąc za sobą ciężkie bagaże. Spojrzała zaskoczona na starszego, pomarszczonego mężczyznę, który siedział na ławce i z zawiścią obserwował trójkę nastolatków wsiadających do pobliskiej taksówki, obładowanej po brzegi walizkami.
— Znów będą się tutaj panoszyć po mieście jak pasożyty — splunął gniewnie, kierując swe słowa do swojego towarzysza, który podobnie jak on zajmował ławeczkę. Drugi staruszek pokiwał w zgodzie głową.
— Święte słowa! — zawołał jego przyjaciel, który odprowadził odjeżdżającą taksówkę z trójką nastolatków zirytowanym spojrzeniem.
Lucy poruszyła się nieznacznie zdezorientowana sytuacją. Jej Uber miał dopiero przyjechać za parę minut, a nie chciała przebywać blisko w towarzystwie tych dwóch panów. Czuła się niekomfortowo, bo w pewnym stopniu czuła, że ta krytyka dotyczy także i jej, choć nie wiedziała dlaczego tak ci staruszkowie nienawidzą młodzieży. Przesunęła się w bok, choć nadal doskonale słyszała ich rozmowę.
— Jak ja ich nie cierpię! — warknął jeden z nich. — Myślą, że jak ich rodzice mają dużo pieniędzy to mogą wszystko robić! Guzik prawda! Mogą mi co najmniej tyłek podetrzeć.
Nastolatka spojrzała z niecierpliwością na zegarek telefonu. No szybciej, westchnęła błagalnie w myślach.
— Na Halloween nie będę nawet tym smarkaczom drzwi otwierać!
Minuty strasznie się dłużyły, a mężczyźni nadal wymieniali ze sobą gniewnymi uwagami o „bogatych gówniarzach”, kiedy wreszcie podjechała granatowa toyota, w której od razu dziewczyna poznała swojego Ubera. Lucy podbiegła do auta uszczęśliwiona, że pojawił się już jej środek transportu, dzierżąc za sobą wszystkie swoje walizki.
— Jesteś wreszcie! — zawołała z ulgą na widok wysiadającego z samochodu młodego chłopaka.
— Były małe korki — burknął ponuro, łypiąc podejrzliwym wzrokiem na jej torby. — Akademia Waltera, hm?
Staruszkowie zamilkli, jakby rażeni gromem. Skierowali swój wzrok na młodą dziewczynę, która pod naporem ich spojrzeń, wręcz się skuliła w sobie.
— Tak — odparła najciszej jak potrafiła, aby siedzący mężczyźni nie mogli jej usłyszeć.
— Kolejna. — Usłyszała jadowity głos gdzieś z tyłu, za jej plecami. Jednak usłyszeli.
Chłopak podniósł brew do góry, z zainteresowaniem patrząc na starszych, po czym wrócił wzrokiem ku brunetce.
— Hmm — mruknął sam do siebie, otwierając bagażnik. — Daj mi te bagaże.
Szybko uwinęli się z zapakowaniem rzeczy, po czym równie szybko odjechali spod lotniska, zostawiając za sobą przeklinających staruszków.
Minęła dłuższa chwila, kiedy Lucy odważyła się wreszcie odezwać. Stali w środku miasta na światłach, kierując się na północny zachód stanu.
— Czemu ci staruszkowie tak się wściekali się na... — Zrobiła nieokreślony ruch dłonią. — Szkołę i na nastolatków?
Brunet wrzucił do ust listek miętowej gumy, rozluźniając się na skórzanym fotelu.
— Hmm — mruknął. — Starsi ludzie nas nie lubią.
Obdarzona zamrugała powiekami zaskoczona słowami kierowcy. Czy on mówił o...?
— Co masz na myśli? — zapytała, niepewna swoich domysłów.
Wzruszył niedbale ramionami, ruszając toyotą z miejsca. Ponownie wydobył z siebie przeciągłe „hmm”.
— Nas — powtórzył głośniej i wyraźniej, jakby dziewczyna była jakaś głucha. — No... NAS — dodał, widząc zdezorientowaną minę pasażerki. — Hmm, myślałem, że zrozumiesz o co chodzi.
— Jesteś... zmiennokształtny? — spytała nieprzytomnie. — Lub obdarzony?
Wyjechali z centrum, a wysokie drapacze chmur zastąpiły o wiele mniejsze budynki poprzeplatane zieleniną lasów.
— Słuchaj, hmm... — Zastanowił się chwilkę. — Akademia ma dosyć złą sławę w Portland. Jest tak od samego jej powstania. Uwierz mi, nikt nie lubi rozwydrzonych nastolatków, których jedyną rozrywką jest straszenie połowy miasta. A szczególnie tej starszej połowy... Hmm...
Lucy spojrzała na niego badawczo.
Nie sądziła, że szkoła jest uważana za siedlisko najgorszych bananowych dzieci. Myślała, że ludzie tam są dosyć poważni, biorąc pod uwagę te wszystkie zakazy, nakazy i sam cel powstania Akademii. Jednak czego miała się dziwić? Nadnaturalna młodzież to wciąż zwykłe, zwariowane nastolatki, którym tylko rozrywka w głowie.
— A ludzie nie podejrzewają, że poza tą obrzydliwą fasadą bogactwa znajduje się coś jeszcze? Po prostu stwierdzili, że są dziani i to załatwia sprawę? — zapytała się, nie dowierzając sama sobie.
— Ludzie są prości. Nie potrzebują wiele, aby kogoś znienawidzić — odparł, gwałtownie skręcając toyotą w jedną z mniejszych ulic. — Hmm... Ten kamuflaż zdaje się być bardzo przydatny, że przez lata nikt nie odkrył naszego istnienia.
Wyjechali z miasta, wjeżdżając w głąb lasu, który otaczał Portland od północnych stron. Droga tutaj nie była tutaj aż taka szeroka i gładka jak wcześniej. Gdzieniegdzie asfalt był popękany, tworząc głębokie bruzdy w jezdni. Do ich uszu nie docierał miejski gwar, który został stłumiony przez gęste drzewa. Jechali tak przez ponad dziesięć minut, nie spotykając na swojej drodze żadnego auta. Aż wreszcie oczom Lucy ukazała się na lewo wielka, mosiężna brama przysłonięta lekką mgłą i podparta przez dwie kamienne kolumny z osadzonymi kulami na ich szczycie. Gruby, wysoki mur, który niknął po bokach w leśnej gęstwinie, skrzętnie ukrywał akademię przed ciekawskimi spojrzeniami nieproszonych gości.
Samochód skręcił i stanął przed wejściem, a dotąd zamknięta brama — otworzyła się z głośnym piskiem, wpuszczając ich do środka.
Pierwszym co rzuciło się w oczy Lucy był budynek Akademii. Wzniesiony w bogatym, neorenesansowym stylu na gładkiej polanie był naprawdę imponujących rozmiarów. Ciemny dach był spiczasto zakończony, a na jego skraju biegły wysokie attyki. Wokół licznych, wąskich okien odznaczały się wystające, falowane ramy. Na dwóch ostatnich piętrach znajdowały się szerokie balkony, których grube balustrady zostały ozdobione ornamentami przypominające do złudzenia motywy kwiatów. Na pierwszym piętrze, u boku budowli rozciągał się taras na podwyższeniu z arkadami, a pod jego dachem ustawiono stoliki jadalne. Tuż obok nich, nieco przed linią drzew znajdował się duży ogród wraz ze szklarnią. Natomiast po drugiej stronie budynku można było zauważyć kort tenisowy i boisko do koszykówki położone nieco za olbrzymią budowlą.
Wjechali, a pod ich kołami chrzęściły drobne kamyczki. Toczyli się kamienną ścieżką obsadzoną wzdłuż niskimi krzakami, która pod samym budynkiem skręcała, tworząc małe rondko, a w jego środku rósł pęk wielokolorowych roślin. Po obu stronach dróżki rozciągał się rozległy ogród, który był utrzymywany w niesamowitym klimacie, a jego granica kończyła tuż przy linii lasu. Do białych altanek, które zostały poustawiane w nierównych odległościach od siebie, prowadziły kręte, wąskie ścieżki, zahaczające o pobliskie klomby kwiatów czy o wysokie tuje. Efekt potęgowała pogoda, gdzie ciężkie chmury przysłoniły słońce, które powoli chyliło się ku zachodowi, nadając widokowi złotej poświaty rozproszonej przez jasną mgłę.
Wokół tego krajobrazu biegł gęsty, ciemnozielony las. Gdyby Lucy przyjrzała się na prawo, tuż nad boiskiem do koszykówki, zauważyłaby czubek spiczastego dachu ukrytego wśród szmaragdowych koron drzew.
Do głównych drzwi szkoły prowadziły jasne, marmurowe schody rozszerzające się ku dołowi o fikuśnej balustradzie i kończące się tuż przed kamiennym rondkiem. I właśnie po nich wspinała się trójka nastolatków z naręczem bagażów.
Zatrzymali się tuż za odjeżdżającą już taksówką, a Lucy z przerażeniem stwierdziła, że jej serce bije sto razy mocniej i szybciej niż wcześniej.
— Walter... — mruknął chłopak pod nosem, zatopiony we własnych wspomnieniach, które przyniósł widok jego dawnej szkoły.
Rzucił okiem na siedzącą dziewczynę, od której wyczuwał wibrujące w powietrzu myśli.
Westchnął, przytłoczony jej myślami, które nieprzyjemnie wślizgiwały się do jego umysłu.
— Hmm, to tylko tak przerażająco wygląda, w środku jest o wiele przytulniej. — Jego marne pocieszenie mało się zdało Lucy, która teraz zdawała się być na skraju płaczu.
Akademia. To już tutaj kończyła się jej wyczerpująca podróż. Pomyślnie dotarła do celu.
Nie czuła się gotowa, aby wysiąść z samochodu wprost na przysłonięty mgłą dziedziniec. Wzięła głęboki oddech, aby się skoncentrować, przymykając nieco powieki. Powtórzyła parę razy w głowie mantrę „Dasz radę”, po czym zdecydowanym ruchem chwyciła za klamkę.
Gdyby była zawodową pisarką i pisała książkę o swojej historii, nazwałaby ten rozdział jako „Początek”. Jednak była tylko zwykłą Lucy Schneider, która dzierżyła na swych wątłych ramionach ciężki bagaż tajemnic i nie była kompletnie pewna co się stanie jutro, a co dopiero swojej przyszłości zawodowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz