Paradoksalnie tegoroczny pierwszy sierpnia był całkiem w porządku, porównując go do wcześniejszych. A to dzięki nieobecności jednej osoby w rezydencji Schneiderów. Lucy nie powinna się cieszyć, ale to robiła. Były to jednak jej szesnaste urodziny i do tego Rephaim wczoraj wyjechał do Nowego Jorku, aby załatwić swoje superhipertajne sprawy. Czyż to nie jest cudowny dzień?
Lucy nie mogła narzekać. Pogoda była wręcz idealna do opalania się, z czego dziewczyna ochoczo skorzystała. Leżała na jednym z leżaków obok basenu, bawiąc się niczym dziecko prezentem, który dostała rankiem od Meredith. Delikatnie jeździła palcem po uwypukleniach wyszlifowanych rubinów gęsto osadzonych na grubym łańcuszku. Dokładniej mówiąc, kobieta podarowała kolię zdobioną szkarłatnymi kamieniami szlachetnymi. Był to dosyć dziwny prezent dla nastolatki, choć sama nie narzekała. Może kiedyś ją założy na jakieś przyjęcie lub bankiet.
Odłożyła z westchnięciem prezent do płaskiego pudełeczka, postawiła go tuż zaraz za, pustym już, talerzyku po torcie i znów wygodnie ułożyła się na leżaku.
Trwała tak, aż do momentu, kiedy przyjemną ciszę przerwał odgłos rozsuwanych drzwi i stukot wysokich obcasów o płytki.
— Wiedziałam, że cię tu znajdę — oznajmiła czarnowłosa kobieta z cieniem uśmiechu, przystając przy leżaku, który zajmowała młodsza.
Nastolatka podniosła się na łokciach, patrząc z ukosa przez okulary przeciwsłoneczne na Meredith, która przysłoniła swym ciałem padające promienie słoneczne.
— Jest taka piękna pogoda, aż żal siedzieć w pokoju. — Dziewczyna usiadła po turecku, robiąc miejsce dla czarnowłosej.
— A szczególnie w swoje urodziny, co? — na jej ustach zagościł szeroki, sympatyczny uśmiech, przysiadając na białym obiciu. — No przecież jesteś już dorosła. Szesnaście lat to bardzo dużo.
Lucy nieco się naburmuszyła się na jej słowa oraz zawarte w nich ciche podśmiechunki. Zdjęła okulary, aby lepiej widzieć kobietę i obrzuciła ją na wpół obrażonym spojrzeniem.
— Mogę już prowadzić samochód — obwieściła dumnie, bawiąc się okularami w dłoniach.
— Możesz, ale nie masz zrobionego prawa jazdy, a Rephaim nigdy w życiu nie pożyczy ci żadnego ze swoich samochodów. — Zaśmiała się życzliwie. — No chyba, że się nie dowie — dodała z błyskiem w oku, a Lucy spodobał się tok myślenia czarnowłosej.
Na usta nastolatki wpłynął tajemniczy uśmiech, który mówił jedno.
— Ach, cóż za okazja! — zawołała teatralnie, potrząsając rękoma. — Dziś są moje urodziny, a Pana nie ma akurat w domu. Cóż za przypadkowy przypadek!
Meredith obserwowała szesnastolatkę w rozbawieniem tańczącym na wargach.
— To byłby grzech tego nie zmarnować, prawda? — zapytała, nieco potrząsając głową, a ciemne, krótkie włosy sięgające do brody zafalowały swobodnie na wietrze.
Lucy energicznie pokiwała głową. Chętnie złamałaby parę zasad ustalonych przez Rephaima i poczuła jak ciepły wiatr smaga jej twarz podczas jazdy jednym z wielu niezwykle drogich kabrioletów czarodzieja.
— Ryzykujemy? — dziewczyna zadała pytanie, choć wiedziała, że Meredith już dawno podjęła decyzję.
Kobieta zgrabnie poderwała się z miejsca, posyłając młodszej diaboliczny uśmieszek.
— No to chodźmy! — zawołała, ruszając ku drzwiom, a dziewczyna szybko wstała z leżaka i równie błyskawicznie wsunęła stopy w japonki, po czym pobiegła za czterdziestolatką, która już znajdowała się w środku posiadłości.
Lucy była niesamowicie podniecona, tym co właśnie się zbliżało. Nigdy nie czuła takiej adrenaliny dziko pulsującej w żyłach. Nie licząc sytuacji, kiedy jako jedenastolatka "włamała się" do tajemnego, wiecznie zamkniętego pokoju, do którego nikt jej nie wpuszczał. Aż pewnego dnia wzięła sprawy w swoje dziecięce ręce i pod osłoną nocy zakradła się do skrzydła, w którym znajdowało się owe tajemnicze pomieszczenie. Jedenastoletnia wówczas Lucy wszystko dokładnie zaplanowała. Miała w posiadaniu podwędzony w czasie kolacji Helenie Marii pęk kluczy. Nawet ubrała się na czarno niczym ninja z krwi i kości. Wszystko szło gładko, do czasu kiedy jedenastolatka nie potrafiła odnaleźć właściwego klucza. Aż usłyszała, że ktoś zmierza korytarzem w jej kierunku i wcisnęła pierwszy lepszy klucz do zamka. Drzwi ustąpiły, a dziewczyna wpadła do środka, zatrzaskując je za sobą. Co to były za emocje! Małolatka czuła się jak w prawdziwym filmie akcji. Jednak wszystko się zepsuło, kiedy brunetka zrobiła pierwszy krok w głąb pomieszczenia. Zaczepiła się o ucho wiadra leżącego nieopodal i się przewróciła, wpadając w stertę innych rzeczy i robiąc przy tym niesamowity raban, który obudził chyba całą posiadłość. A tajemnicze pomieszczenie okazało się niczym innym jak składzikiem na miotły, szufelki, wiadra i mopy. I tak zakończyła się pierwsza, poważna misja młodej Lucindy Schneider pełna zwrotów akcji i atmosfery wziętej prosto z powieści detektywistycznej.
Nastolatka wywróciła oczami na to dosyć zawstydzające wspomnienie. Ale chyba każdy robił kiedyś głupie rzeczy jako dziecko, prawda?
Szybko dotarły do garażu połączonego bezpośrednio z domem, który mieścił w sobie ponad dziesięć niesamowicie drogich samochodów, których widok cen przyprawiał Lucy o poważne zawroty głowy.
Meredith zdecydowanie otworzyła drzwi, wpuszczając je obie do ogromnego garażu.
— Rolls Royce? Za poważnie. A może jakieś Porsche? Nie, zbyt figlarne — zastanawiała się głośno kobieta, kiedy zaczęły wolno przechadzać się przed zaparkowanymi samochodami. — A co myślisz o Lamborghini? — zwróciła się do nastolatki, która uważnie oglądała każde z aut.
— Przereklamowane — odparła, przystając przy cudownym kabriolecie marki Mercedes-Benz.
— Zgadzam się — zawołała starsza, która dotarła już do końca garażu i obróciła się, aby wrócić. — Znalazłaś coś ciekawego?
Nastolatka była całkowicie oczarowana i zachwycona autem. Wpadło idealnie w jej gust.
— Nie chcesz może poczuć wiatru we włosach? — zapytała, wskazując na srebrny kabriolet.
Meredith chwilę się zastanawiała, po czym kiwnęła głową.
— Całkiem ładny, stosunkowo tani, elegancki — wyliczała, obchodząc samochód i otwierając drzwi od strony pasażera. — Jedźmy więc!
Lucy niepewnie zasiadła za kierownicą. Nigdy dotąd nie prowadziła auta, a do tego tak drogiego. Jednak czuła się odrobinę lepiej w obecności Meredith, która chyba wyczuła wątpliwości kłębiące się w głowie brunetki.
— Najpierw przekręć kluczyk w stacyjce, naciskając jednocześnie na sprzęgło — poinstruowała cierpliwie. — To ten pierwszy od lewej. A później puszczasz sprzęgło, wrzucasz bieg i delikatnie dociskasz pedał gazu. Hamulec jest na środku, a gaz po prawej.
Lucy starannie odtworzyła wszystkie czynności, o których mówiła Meredith. Samochód zapalił się z cichym pomrukiem, nastolatka dodała nieco gazu, a kabriolet zareagował już żwawszym i głośniejszym rykiem. Wyjechała powoli z garażu na gładką drogę, aby chwilę później prawie wylądować na drzewie.
Owszem, kierowanie samochodem przez niedoświadczoną szesnastolatkę było wysoce nieodpowiedzialne oraz głupie. Ale Lucy od dawna tak bardzo chciała się jakoś rozerwać i poczuć coś nieznajomego. Ciągle siedziała w rezydencji, ucząc się albo spędzając czas z Meredith. Każdy miałby tego wreszcie dosyć.
Po pół godzinie nieudolnego jeżdżenia, stery wreszcie przejęła starsza czarnowłosa i wtedy dopiero zaczęła się zabawa, gdy na liczniku strzałka prędkościomierza przekroczyła już dawno setkę.
Po pół godzinie nieudolnego jeżdżenia, stery wreszcie przejęła starsza czarnowłosa i wtedy dopiero zaczęła się zabawa, gdy na liczniku strzałka prędkościomierza przekroczyła już dawno setkę.
Nastolatka nie słyszała nic oprócz szumiącego wiatru i nie doświadczała
nic innego jak niesamowitego podekscytowania. Czuła pulsującą
adrenalinę w żyłach, a na jej usta sam się cisnął szeroki uśmiech,
kiedy nie widziała nic poza rozmazanymi kształtami drzew, budynków oraz
pól. Wiatr targał jej ciemnymi włosami na wszystkie strony, a ona
czerpała z niego energię, która wręcz rozsadzała ją od środka.
Kręciły się po okolicy, jeżdżąc tu i ówdzie. Nie miały konkretnego celu, po prostu jeździły, aby się rozerwać. Mijały domy, zostawiały daleko w tyle pozostałe auta, skręcały w przeróżne, nieznajome drogi, kompletnie niepewne czy będą w ogóle wiedzieć jak wrócić. Po godzinie relaksującej przejażdżki jakimś cudem odnalazły drogę powrotną do posiadłości.
Kiedy Meredith zaparkowała kabrioletem w garażu, obie razem z niego wyszły, wesoło rozmawiając i gestykulując.
— Jak na twój pierwszy raz, całkiem dobrze prowadziłaś — pochwaliła szesnastolatkę Meredith, przeczesując dłonią gęste włosy. — No, poza tym małym incydencie... Ale szło ci bardzo dobrze.
Lucinda wzruszyła niedbale ramionami.
— Pójdę już do pokoju — oznajmiła, kierując się ku salonowi. — Zejdę dopiero na kolację.
Nie czekała na odpowiedź kobiety, ruszyła do swojego pokoju, zahaczając przy okazji o basen, aby wziąć stamtąd swoje pozostawione wcześniej rzeczy. Kiedy wreszcie znalazła się w swoim cudownie przytulnym pokoju, otworzyła wszystkie okna oraz balkon na oścież, aby powietrze mogło swobodnie wpadać do środka. Sama usiadła na miękkim łóżku, rozkoszując się ciepłym, wieczornym wiaterkiem.
Jej wzrok powędrował w stronę czarnej, drewnianej etażerki umiejscowionej obok biblioteczki. Na najwyższej półce stał dumnie szklany wazon, w którym znajdowała się jedna krwistoczerwona róża. Na jej widok na usta dziewczyny wpłynął delikatny uśmiech. Dostała ją od Alberta, wiecznie ponurego lokaja, który siedemdziesiątkę już dawno przekroczył, ale nadal miał w sobie siłę. Lucy nigdy nie widziała, żeby staruszek chociaż raz się uśmiechnął i nie była nawet pewna czy w ogóle ją lubi. Jednak sam gest wręczenia prezentu był dla dziewczyny niesamowicie miły oraz zaskakujący, bo we wcześniejszych latach dostawała od niego tylko suche: „Wszystkiego najlepszego”.
Wiatr przyjemnie hulał po pokoju, od jednego okna do drugiego i wylatywał ze świstem przez balkon, wprawiając w ruch cienkie zasłony.
Uwielbiała tak siedzieć i wdychać orzeźwiające powietrze. W sumie nie dziwiła się. Jej żywiołem był przecież wiatr. Potrafiła go kontrolować i robić z nim co żywnie jej się podoba. Porywisty huragan? Nie ma sprawy. Wielkie tornado w samym środku lasu? Ach, drobnostka!
Jednak dziewczyna nie była aż tak zepsuta w środku, aby siać zniszczenie tylko dla zabawy. Nie była potworem. Szanowała naturę i wszystko to, co zbudowali ludzie. Nie chciała widzieć ich oczu przepełnionych przeraźliwym smutkiem oraz rezygnacją, kiedy ich cały dobytek został doszczętnie rozdarty przez ostre szpony wichru. Nie, nie była do tego zdolna.
Przemyślenia przerwało gwałtowne pukanie w drzwi, którego Lucy kompletnie się nie spodziewała o tej porze.
— Proszę! — krzyknęła, podnosząc się z łóżka.
Zaledwie chwilę później do pokoju wpadła wyraźnie zestresowana Helena Maria z włosami rozwichrzonymi przez szybki bieg przez całą posiadłość.
— Pan Rephaim już wrócił i oczekuje na panienkę w swoim gabinecie — poinformowała, oddychając szybko.
Wiaterek wpadający przez otwarte okno przybrał nieoczekiwanie na sile i strącił wazon z żółtymi żonkilami stojący na parapecie.
Lucy podskoczyła na łóżku na dźwięk tłuczącego się szkła. Swobodny nastrój gdzieś wyparował, a zastąpił go stres, który mocno ścisnął sercem nastolatki.
— Zaraz to posprzątam, panienko! — Helena Maria zawołała z przejęciem, obracając się z zamiarem pobiegnięcia do schowka po szczotkę i szufelkę.
— Czekaj! — krzyknęła nieco za głośno za pokojówką; ściszyła głos do szeptu w obawie, że Rephaim mógłby to jakoś usłyszeć ze swojego gabinetu. — Pan miał przecież jutro wrócić, nieprawdaż?
— Najwyraźniej Pan szybciej załatwił swoje sprawy w Nowym Jorku niż przypuszczałyśmy. — Rzuciła jej przepraszające spojrzenie. — No, już, biegnij do niego. — pogoniła nastolatkę, po czym sama odwróciła się na pięcie i szybko zniknęła w głębi korytarzu.
Lucy zeszła z łóżka, starając uspokoić hulający wiatr za oknem. Nie chciała pokazywać Rephaimowi, że jest zdenerwowana. Pan czerpał przyjemność, kiedy ktoś otwarcie pokazywał swój strach przed nim.
Szybkim oraz zdenerwowanym krokiem wyszła z pokoju, po czym skierowała się ku marmurowym schodom prowadzącym na pierwsze piętro rezydencji. Sama posiadłość była utrzymana w czarnych oraz czerwonych kolorach z żółtymi lub złotymi dodatkami. Przykładowo, żółte żonkile stojące na ciemnych stolikach czy złote ramy ogromnych portretów wiszących na korytarzach okrytych szkarłatną tkaniną. To wszystko składało się na dosyć ponury, ale jednak bardzo elegancki i kunsztowny widok.
Kiedy zeszła ze schodów, skręciła w prawo, przechodząc przez wysoki łuk w ścianie, po czym wyszła na mniejszy korytarz, który prowadził już prosto do gabinetu Pana.
Zatrzymała się przed ciemnymi drzwiami, doprowadzając siebie do porządku. Poprawiła zmierzwione włosy, zwilżyła przesuszone usta, wyprostowała się i uspokoiła oddech.
Dziewczyna miała tylko nadzieję, że Rephaim wzywał ją z innego powodu niż jej dzisiejszy wybryk, jakim była przejażdżka jego samochodem.
Niepewnie zastukała w twarde drewno, a odgłos pukania niósł się echem po korytarzu. Dopiero po chwili nacisnęła klamkę i powoli uchyliła ciężkie drzwi.
Gabinet Rephaima był dużym pomieszczeniem, do którego mało kiedy wpadały promienie słoneczne przez wiecznie zaciągnięte zasłony. Jedynym oświetleniem był kryształowy żyrandol wiszący tuż nad głowami. Pod stopami Lucy rozciągał się aksamitny dywan, który przywodził na myśl mięciutką sierść kota w kolorze zeschniętej krwi. Zaledwie dwa metry dalej znajdowało się masywne biurko zrobione z ciężkiego drewna dębowego. Jedyną rzeczą, która nie była w tym pomieszczeniu ciemna lub czerwona okazał się nowoczesny komputer w białym kolorze. Na lewo od wejścia rozciągała się biblioteka przepełniona różnymi, grubymi tomiskami z dziwnymi nazwami na grzbietach. A na prawo, pod ścianą, znajdował się barek z imponującą kolekcją trunków, a tuż obok niego kolejny regał, którego szafki były zamykane na klucz. Lucy zawsze intrygowało co może znajdować się w owych półkach. Tajemne księgi z zaklęciami? A może jakieś zaczarowane artefakty przywiezione z egzotycznych krajów? Tak czy siak, miała teraz inne zmartwienie na głowie niż pytania na temat zawartości regału.
Ukłoniła się wolno, z szacunkiem, jak przystało na przybraną córkę.
— Wzywałeś mnie, Panie. — Jej głos nieco zadrżał na ostatniej sylabie. Spojrzała prosto w czarne oczy Rephaima, kiedy podniosła się z ukłonu.
Nawet stojąc kilka metrów przed nim, Lucy czuła olbrzymią potęgę bijącą od czarodzieja.
Mężczyzna wskazał wzrokiem na fotel naprzeciwko niego, po drugiej stronie biurka.
Lucy posłusznie usiadła na skórzanym fotelu, przybierając najspokojniejszy wyraz twarzy na jaki było ją stać w tym momencie. Jednak poczuła jak gula w gardle z każdą chwilą staje się coraz większa.
— Czy coś się stało? — zapytała z trudem, przełykając ślinę, jednak wciąż utrzymując kontakt wzrokowy z czarodziejem.
Minęła chwila zanim Rephaim odpowiedział.
— Wszystkiego najlepszego, Lucindo. — Życzenia z ust Pana zabrzmiały nieszczerze.
Lucy zamrugała zaskoczona niespodziewanymi życzeniami i nazwaniem jej „Lucindą”.
— Dziękuję — odparła, rozluźniając spięte mięśnie w ramionach, które dawały znać o sobie palącym bólem.
Blada, wręcz biała, twarz mężczyzny nadal wykrzywiała się w zimnej obojętności. Mimo małej gamy wyrażanych emocji, cera czarodzieja była tu i ówdzie ozdobiona gęstą siatką płytkich zmarszczek. Na długim, haczykowatym nosie widniało parę ciemnych plamek, które najprawdopodobniej były skutkiem zbyt długiego przebywania na słońcu. W pewien sposób można było zauważyć, że jest zmęczony. Potargane, czarne, sięgające uszu włosy nie lśniły fioletowawym blaskiem jak przed wyjazdem, a z wewnętrznych kącików oczu pięły się ku czarnej tęczówce jeszcze większe żyłki wypełnione krwią.
Słowami Lucy, wyglądał jeszcze straszniej niż zwykle.
— Niestety, będąc w Nowym Jorku nie miałem czasu, aby kupić ci prezent — zaczął, a Lucy nie była pewna, czy usłyszała kpinę w jego głosie. — Jednak sądzę, że wiadomość, którą mam ci do przekazania, będzie dla ciebie prawdziwym darem.
Nastolatka była kompletnie zdezorientowana, ale i nieco zaintrygowana. Dotąd Rephaim nie dawał jej żadnych prezentów na urodziny. Ba, nawet nie składał jej życzeń. Więc czemu w tym roku postanowił coś jej podarować? Szesnaście lat nie było jakimś szczególnie imponującym wiekiem.
— Do tej pory miałaś lekcje indywidualne z nauczycielami, którzy tutaj dojeżdżali. Osiągałaś całkiem dobre oceny, ale wciąż nie najlepsze. — Posłał jej krytyczne spojrzenie. — Nie miałaś żadnego kontaktu ze swoimi rówieśnikami i do pewnego czasu miałem wątpliwości czy prawidłowo dojrzewasz. — Lucy poczuła się, jakby ktoś ją uderzył prosto w brzuch.
Ostatnie słowa mógł odpuścić, pomyślała gorzko. Choć to był Rephaim, który posiadał nad wszystkim władzę i mało go co obchodziło, wciąż oczekiwała od niego chociaż szczypty subtelności.
Dziewczyna uciekła wzrokiem z dala od nieprzyjemnego spojrzenia Pana. Patrzyła przez moment na duży, porcelanowy wazon wypełniony bukietem świeżych, żółtych żonkili, który stał pod zasłoniętym oknem.
— Sądzę, że przyszedł czas na zmiany. Na dobre zmiany. Będą równie dobre i dla ciebie, jak i dla mnie. — zaakcentował ostatnie słowo, a nastolatka zmarszczyła lekko brwi.
— Panie, co zamierzasz? — zapytała, wracając wzrokiem ku Rephaimowi.
— Przenosisz się do akademii dla osób takich jak ty — oznajmił gardłowym głosem.
Solenizantka zamarła, zbyt zaskoczona, aby się odezwać czy wyrazić jakąkolwiek inna emocję niż zdziwienie. Jej mózg powoli filtrował nowe informacje i dopiero po chwili dotarł do niej cały sens słów czarodzieja.
Od dziesięciu lat Lucy tkwiła w rezydencji Schneiderów. Mało kiedy sama wychodziła gdzieś poza mury posiadłości, która, nawiasem mówiąc, znajdowała się na kompletnym pustkowiu, a od Filadelfii dzieliły ich dwie godziny jazdy samochodem. Czasami dostawała ataku klaustrofobii, kiedy cały dzień przebywała w domu, a to za sprawą długich (i nudnych!) lekcji prowadzonych przez jej profesorów-czarodziei oraz ślęczenia nad pracą domową, którą czasami Lucy kończyła dopiero późnym wieczorem. Przyjemną odskocznią od ciągłej rutyny były cotygodniowe wypady z Meredith do pobliskiej metropolii, choć i tego czasem nastolatka miała dosyć. I tak przemijały dni, tygodnie, miesiące, które ciągnęły się czasami jak upierdliwa guma do żucia, aż do początku lipca, kiedy wreszcie pożegnała się ze swoimi nauczycielami na rzecz dwóch miesięcy totalnej laby.
Czy Lucy czuła się tutaj jak w klatce? Niewątpliwie tak. Czy chciała się stąd wyrwać? Tak! Chyba...
Była przywiązana do tego miejsca. Spędziła przecież tutaj tyle lat! Chociaż czasami w rezydencji czuła się jak w klatce, to wciąż miała wielki sentyment do tego miejsca. Jednak przyszedł taki czas, że dziewczyna nie myślała o niczym innym niż o ucieczce stąd. Lecz z drugiej strony, strasznie się bała opuścić posiadłość na tak długi czas. Bała się, że poczuje się kompletnie wyobcowana wśród rówieśników. A jak nie odnajdzie się w nowym miejscu? Co wtedy? Jeśli wróci do domu, poczuje się źle, że zmarnowała taką okazję na diametralną zmianę w jej życiu.
To wszystko wydawało się takie abstrakcyjne, kompletnie nie na miejscu, że Lucy nie potrafiła przyjąć tego do siebie. Znów wbiła nieobecny wzrok w wazon z kwiatami, próbując uporządkować rozbiegane myśli.
— Widzę, że się cieszysz. — Zauważył oschle czarnooki, a dziewczyna szybko oderwała wzrok od kwiatów.
— Oczywiście, że się cieszę! — zawołała nieco za głośno, co można było zauważyć po kwaśnej minie czarodzieja. — Panie... — dodała pośpiesznie, o mały włos nie zapominając o przydomku Rephaima.
Nastała chwila ciszy, podczas której Rephaim przyszpilał dziewczynę srogim spojrzeniem, zastanawiając się, czy naprawdę się cieszy czy nieporadnie udaje radość. No cóż, i tak nie miała żadnego wyboru. Co Pan rozkaże, obdarzona ma to potulnie wykonać.
— Szkoła nazywa się Akademią Doriana Waltera i znajduje się gdzieś w lesie w Maine — wypluł siebie z obrzydzeniem, a Lucy poczuła się mimowolnie urażona.
— To... dosyć daleko, Panie — zauważyła z głośno bijącym sercem, kiedy uświadomiła sobie, że nigdy nie była tak daleko od domu. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz, prawda?
— Zajęcia rozpoczną się w ostatni tydzień sierpnia, czyli za dwadzieścia siedem dni — poinformował wspaniałomyślnie czarodziej, ignorując wcześniejsze stwierdzenie dziewczyny.
Lucy siedziała chwilkę w bezruchu, po czym szybko się zreflektowała.
— Dobrze, dziękuję ci, Panie — podziękowała żarliwie. — Czy mogę już pójść?
— Nie. — Jego głos obniżył się do niskiego, przepełnionego grozą pomruku.
Dziewczyna podskoczyła nerwowo na dźwięk jego surowego tonu. Była całkowicie przekonana, że to koniec nowości na dzisiaj.
— Zostało nam do omówienia jeszcze parę rzeczy, które są ściśle powiązane z twoim pobytem w akademii — zaczął powoli oraz wyraźnie, jakby mówił do wyjątkowo niegrzecznego dziecka. — Dostaniesz misję, którą będziesz musiała wykonać bez żadnych błędów i absolutnie podporządkować się wszystkim moim rozkazom — położył wyraźny nacisk na słowo "wszystkim", przez co nastolatka poczuła jak kiełkuje w niej wyraźne uczucie niepokoju. — Bez jakichkolwiek pytań.
— Co to jest za misja, Panie? — Lucy mimowolnie była bardzo ciekawa owego zadania, choć czuła podświadomie wielkie wątpliwości co do niego. Słowa Rephaima były przesiąknięte ukrytym złem, a nastolatka mogła spodziewać się najgorszego.
Czarodziej oparł się łokciami o blat biurka, przybliżając się ku brunetce i nie spuszczając z niej chłodnego spojrzenia.
— Masz doprowadzić do tego, że Clarence Griffith zostanie usunięty ze stanowiska dyrektora szkoły. — Jego słowa zabrzmiały niczym wyrok, który pociągnął nastolatkę w dół przepaści, a to był dopiero początek jej upadku.
Limit zaskoczeń został wyczerpany na dziś przez Lucy. Czuła się dziwnie, słysząc, że zrobi wszystko co w jej mocy, aby wykopać nieznajomego jej mężczyznę z posady dyrektora z powodu... No właśnie, jakiego powodu? Być może Rephaim miał jakiś tam motyw, aby tak zadecydować. Może nienawidził całym sercem Clarence? Może kiedyś zalazł mu za skórę i teraz chce się zemścić?
Lucy, brnąc w coraz dalsze przemyślenia, odkryła z przerażeniem, że nie chce znać powodu. Naprawdę. Nastolatka była przyzwyczajona do Rephaima i do zawsze towarzyszącej mu aury grozy oraz tajemnicy. Pan nie był dobrą osobą, a jego zamiary nie miały ani krzty pozytywnych odczuć. Był książkowym przykładem „tego złego”, który chce zniszczenia oraz zagłady ludzkości. Choć w tym przypadku, czarodziej stawiał ludzi punkt wyżej niż zmiennokształtnych oraz obdarzonych.
— C-co? — wyjąkała dziewczyna, kompletnie zagubiona. — Mam go zabić?!
Mężczyzna zacisnął wargi w geście irytacji. Czemu ta dziewucha musi być tak tępa?! Choć śmierć Clarence'a była bardzo kuszącą propozycją dla Rephaima, musiał na razie z niej zrezygnować. Później się tym zajmie, kiedy przyjdzie odpowiedni czas, a on będzie jeszcze potężniejszy niż dotychczas.
— Nie zabić! — prychnął, przymrużając oczy i przyszpilając ją ostrym spojrzeniem, od którego zdezorientowana dziewczyna wcisnęła się głębiej w oparcie fotela. — Dyskretnie usunąć ze stanowiska!
Słowa czarodzieja i tak nie uspokoiły głęboko wyprowadzonej z równowagi brunetki, której teraz w głowie szalał prawdziwy huragan myśli.
— Wystarczy, że będziesz powoli wprowadzać chaos w szkole. Krok po kroku, aż w pewnym momencie Clarence przestanie panować nad sytuacją i wtedy wkroczy Rada. — Na usta mężczyzny wpłynęło coś, co miało imitować uśmiech, choć zdaniem Lucy było to upiorne wykrzywienie ust, które przyprawiało ją o zimne dreszcze, a szczególnie w takiej sytuacji.
— Panie, a jak nie dam sobie rady? — zapytała nieśmiało nastolatka, a jej głos był na skraju szeptu.
No właśnie. Lucy tylko raz w życiu poczuła na sobie poważny gniew Pana i nie za bardzo chciała, aby znów on się powtórzył.
Czarodziej, słysząc jej pytanie, rzucił jej długie, twarde spojrzenie, które dało się zinterpretować tylko na jeden straszliwy sposób. MUSI jej się udać. Nastolatka poprowadzi to do końca, nawet jeśli będzie musiała iść po trupach do celu.
— Nie ma nawet takiej możliwości — wycedził przez zęby. — Zrobisz to od początku do końca, bez mrugnięcia okiem. A jeśli będzie taka potrzeba, usuniesz ze swojej drogi niepotrzebne osoby. Przecież to łatwe, nieprawdaż? — Nieco przechylił głowę na bok, uważnie obserwując obdarzoną, która właśnie przechodziła przez wszystkie skrajne emocje. Począwszy od przerażenia, kończąc na wściekłości.
Lucy wyrwała się z otępienia i powoli pokiwała głową.
Była zła, że musi zrobić rzeczy wbrew jej woli, zmęczona natłokiem informacji oraz porządnie przestraszona, choć starała się tego nie pokazywać. Nie podobały jej się słowa czarodzieja. Nie miała ochoty nikogo ranić, a tym bardziej zabijać. Nie była do tego stworzona. Może Rephaim był i dla niego takie rzeczy były na porządku dziennym. To co, że wychowywała się pod jego skrzydłami przez dziesięć lat? Czy to czyni z niej automatycznie osobę złą?
Czarnooki, widząc, że dziewczyna nie zamierza niczego powiedzieć, sam zabrał głos. Czuł się poirytowany, że brunetka potrafi tak często się zawieszać.
— A teraz przejdźmy do kolejnej sprawy — urwał, kiedy do gabinetu niespodziewanie wparowała Meredith i posłał jej groźne spojrzenie. — Meredith!
Czarnowłosa zamknęła drzwi, uśmiechając się łagodnie niezrażona wściekłym spojrzeniem współmałżonka. Przeszła spokojnym krokiem przez pokój, po czym przysiadła na podłokietniku fotela, który zajmowała właśnie nastolatka.
— Też za tobą się stęskniłam, Rephaimie — odparła wesołym tonem. — O czym rozmawialiście?
Mężczyzna nadal gromił ją wzrokiem, ale w końcu dał za wygraną i po prostu zirytowany zacisnął usta w kreskę.
— O tym, że przenoszę się do szkoły — odezwała się słabo siedząca brunetka.
Starsza pokiwała głową, jakby o wszystkim doskonale wiedziała.
— Och, to jest naprawdę świetny pomysł. Poznasz nowych znajomych, spędzisz trochę czasu w innym miejscu. Nie cieszysz się? — zwróciła się do dziewczyny. — Ja bym skakała ze szczęścia. — Zaśmiała się perliście.
Jak Lucy miała się cieszyć, kiedy wiedziała, że głównym powodem dla którego jedzie do nowej szkoły to wywalenie jego dyrektora ze stanowiska? Czysty absurd.
— Cieszę się — mruknęła niewyraźnie.
— A Rephaim powiedział ci o tym, że znajdziesz osobę, która wskrzesza? Rozumiesz? Wskrzeszanie zmarłych. Jeju, chciałabym mieć taki dar — westchnęła, miażdżona lodowatym spojrzeniem partnera.
Meredith była jedyną osobą, która potrafiła zachowywać się całkowicie swobodnie przy Rephaimie, a on natomiast nie był dla niej aż taką złą osobą jak dla każdego innego. Lucy nie wiedziała jak taka cudowna i sympatyczna osoba jaką jest czterdziestolatka potrafiła pokochać czarnookiego. On był dla niej zbyt podły oraz zbyt zepsuty w środku. Jednak miłość nie ma żadnych granic, nieprawdaż?
Lucy spojrzała na nią badawczo, czy aby mówiła poważnie. I tak, to było zdecydowanie na serio. Nastolatka wydusiła z siebie krótkie „Co?” pełne niedowierzania.
— Miałem jej o tym powiedzieć, zanim nam nie przeszkodziłaś — odparł gniewnie.
— Och, przepraszam — odpowiedziała na odczepnego. — Kontynuujcie. — Machnęła niedbale ręką.
Czarodziej popatrzył się na nią spod byka, po czym swoją uwagę skupił na młodszej.
— Tak, więc jak mówiła Meredith... — Nie skończył mówić, kiedy rozległ się głośny odgłos głośnego kaszlnięcia pochodzący z gardła pani Schneider. — Meredith... — mężczyzna zaczął groźnie, głęboko wyprowadzony z równowagi.
— To może ja wszystko jej wytłumaczę? — zaproponowała, splatając dłonie. — Ty tylko stresujesz Lucindę i mało co zrozumie z twojego gadania. A to takie przyjemne rzeczy! Daj mi tylko te magiczne artefakty, czy co to jest.
Mijały długie sekundy, podczas których czarodziej, wręcz zabijał spojrzeniem partnerkę. Nastolatka wcisnęła się jeszcze głębiej w fotel, wbijając przestraszony wzrok w swoje palce i oczekując na wybuch Rephaima, którego się na szczęście nie doczekała. Jednak za to panowała lodowata cisza, która była sto razy gorsza, kiedy Pan sztyletował czarnowłosą swym zabójczym wzrokiem.
Po chwili gniewnym gestem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni garnituru niewielkie, satynowe pudełeczko z równie drobną, szklaną fiolką wypełnioną przeźroczystym, gęstym płynem, nie przerywając na moment kontaktu wzrokowego z Meredith. Przedmioty położył na blacie, wolno podsuwając je kobiecie.
— Idźcie stąd — warknął z chłodną wściekłością. — I nie pokazujcie mi się na oczy do końca dnia.
Czterdziestolatka jako pierwsza oderwała wzrok od partnera, po czym szybko zgarnęła rzeczy z biurka oraz równie błyskawicznie wstała i ruszyła do wyjścia. Za nią, już o wiele mniej energiczniej, podążała Lucy.
Huk trzaskających drzwi odbił się głośnym echem po korytarzu. Meredith nic nie robiła z tego, że zachowywała się co najmniej bezczelnie i dziecinnie, ale Rephaim niech wie, że nie był najważniejszy w całej rezydencji.
— Chodź do mojego gabinetu. — Jej głos zabrzmiał nieco za szorstko, ale to było spowodowane przez targające nią nerwy.
Lucinda niepewnie skinęła głową, widząc kobietę wyraźnie wyprowadzoną z równowagi.
Drogę pokonały szybko, znaczy tylko Meredith, bo nastolatka wlokła się i do pomieszczenia dotarła z pewnym opóźnieniem. Od razu po wejściu do przytulnego pokoju starsza kobieta skierowała swoje kroki ku szafie z przeszklonymi drzwiami. Za nimi mieściła się olbrzymia kolekcja win, ale to nie byle jaka. Znajdowały się tutaj trunki z całego świata. Czerwone lub białe. Wytrawne albo półwytrawne. Drogie i tanie. W tym momencie Meredith nie obchodziło, które wybierze wino. Chwyciła pierwsze lepsze z brzegu oraz wyciągnęła z szuflady duży kieliszek, po czym ruszyła do biurka.
Nastolatka miała mętlik w głowie. Wiedziała, że czarnowłosa uwielbia wina i jest ich prawdziwą koneserką. Jednak nieco się bała połączenia zdenerwowanej Meredith z pijaną Meredith. Westchnęła tylko, opadając na miękka kanapę w kącie pokoju i obserwowała jak opiekunka odkorkowuje szklaną butelkę.
— Nic mi nie jest — odezwała się już nieco uspokojona czarodziejka, kiedy nalewała do kieliszka czerwony napój. — Nie musisz tak się na mnie patrzeć.
— Uhm, jasne — odpowiedziała nieco rozkojarzona. — Jestem po prostu zmęczona tymi wiadomościami. I zdezorientowana. Tak, kompletnie zdezorientowana i zagubiona — dziewczyna przyznała sobie rację.
Towarzyszka upiła mały łyk wina i spojrzała na nią z rozbawieniem. Śmieszyło ją to, jak bardzo Rephaim potrafi być bezpośredni oraz nietaktowny.
— Oj, Lucy, Lucy... — westchnęła, bawiąc się kieliszkiem. — Wyobraź sobie, że czeka cię jeszcze taka druga rozmowa, ale o wiele przyjemniejsza i krótsza. Tak sądzę, oczywiście. — Wzruszyła ramionami i znów pociągnęła łyk.
— Cudownie — wymamrotała pod nosem solenizantka. — Po prostu cudownie. — Zmęczonym gestem schowała twarz w dłoniach.
— Więc zacznijmy od początku — zaczęła starsza, obracając się na fotelu, aby mieć lepszy widok na brunetkę, która siedziała w kącie na kanapie. — Przyjeżdżasz do akademii, pokazujesz innym jakim beznadziejnym dyrektorem jest Clarence, zjawia się Rada, wywalają go na zbity pysk, a na jego miejsce sadzają innego, równie głupiego dyrektora. A w międzyczasie szukasz osoby, która ma w posiadaniu władzę nad śmiercią. Widzisz jakie proste?
Nie, to nie było wcale takie proste jak wydawało się dla starszej czarodziejki. To było cholernie trudne i w dużym stopniu chore.
— Dlaczego? — zapytała się zdecydowanym tonem. — Dlaczego mam wywalić tego całego Clarence z posady dyrektora? Czym wam zawinił? Dlaczego mam odszukać kogoś, kto potrafi wskrzeszać? A może takiej osoby nie będzie nawet w szkole? Przecież sama doskonale wiesz, że to jest naprawdę rzadki dar i mało kto go dostaje. — Jej głos brzmiał oskarżycielsko, ale cieszyła się, że może wreszcie pewnie zadać dręczące nią pytania. Przy Panu nie było to możliwe. Albo ignorował ją kompletnie albo rzucał jedno z lodowatych spojrzeń. I to nad wyraz wystarczyło, aby Lucy przestała drążyć temat. Przy Meredith tak nie było. Mogła swobodnie zapytać się o wszystko, choć i ona czasami potrafiła po prostu zignorować jej pytanie.
Meredith przez chwilę milczała, intensywnie myśląc nad odpowiedzią. Aż wreszcie przytknęła krawędź kieliszka do ust i wypiła jednym haustem trunek.
— Słuszna uwaga — zgodziła się, choć nie do końca szczerze. — A co do wcześniejszych pytań to niestety nie mogę ci na nie odpowiedzieć, ale podpowiem, że to ma związek z ostatnimi wyjazdami Rephaima.
W to Lucy mogła uwierzyć. Ostatnio Pan coraz częściej wyjeżdżał i na dłużej. Do Nowego Jorku, do San Francisco, do Europy, a nawet miesiąc temu zawitał w Azji. Nie interesowała się tym zbytnio, a raczej, nikt jej nie mówił o powodach nieobecności czarodzieja. Było jej to całkiem ma rękę. Nie czuła się swobodnie w towarzystwie Pana, a kiedy wyjeżdżał — miała dla siebie całą rezydencję i wtedy mogła robić co jej się żywnie podobało.
— Nawet ty? — zapytała się z niedowierzaniem, patrząc z ukosa na kobietę. — Nie powiesz mi o wszystkim, bo jestem na to za młoda czy jak się o tym dowiem to trzeba będzie mnie zabić? Czy to źle, że chcę zrozumieć te całe bagno, w które mnie wciągacie?
— Lucy — zaczęła niepewnie. — Uwierz, że jedynym powodem, dla którego nie mogę ci powierzyć tych informacji to jest fakt, że możesz znaleźć się w dużym niebezpieczeństwie, a tego byśmy nie chcieli. Wiedza czasami bywa przekleństwem. Podobnie jak magia. — dodała pod nosem. — Pewnego dnia może uda ci się to zrozumieć, ale uwierz mi, nie warto. To nie jest warte zachodu. Po prostu wykonaj rozkazy Rephaima bez zbędnych pytań. A na razie wystarczy — westchnęła ciężko, sięgając po butelkę. — Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym, a konkretnie o tych cudeńkach. — Skinęła w kierunku malutkiego flakonika oraz płaskiego pudełka, nalewając kolejną porcję wina.
— Co to jest? — burknęła Lucy, wyraźnie urażona lekceważącym zachowaniem opiekunki.
Miała nadzieję, że odpowie na jej pytania i rozwieje wszelkie wątpliwości. Poczuła się przez nią zdradzona.
— Zacznijmy może od tego. — Podniosła leżące pudełko i powoli je otworzyła. — To jest naszyjnik, ale nie byle jaki. Został zaklęty.
Odsunęła wieczko, po czym nieco przechyliła pakunek, aby Lucy mogła go swobodnie obejrzeć.
Był to wisiorek na cienkim łańcuszku z przyczepionym małym kamieniem ametystu. Klejnot dziwnie pomrugiwał w żółtym świetle żyrandola, jakby w jego środku niego coś się znajdowało.
— Zaklętym? — zapytała zaskoczona, nadal wpatrując się w biżuterię jak zahipnotyzowana.
— Najprościej mówiąc, zakładasz go i bum, stajesz się niewidzialna.
Nastolatka patrzyła z podziwem na naszyjnik. Czytała dotąd wiele książek o czarach i wielokrotnie było tam wspominane o możliwości nadania danemu przedmiotowi cech magicznych. Zrobienie tego nie było żadną błahostką, o nie. Musiał to zrobić naprawdę potężny oraz doświadczony czarodziej, a czas zaklęcia mógłby się przeciągnąć do paru dobrych godzin. Magia wymagała dużej dawki cierpliwości, siły psychicznej, jak i fizycznej.
— Możesz go założyć. — zaproponowała, a Lucy spojrzała na nią zaskoczona w pierwszej chwili.
— A skutki uboczne? — zapytała podejrzliwie, splatając ręce na piersi.
Na wargi Meredith wpłynął nikły, choć dumny uśmiech.
— Nie sądziłam, że o to zapytasz, ale tak, występują skutki uboczne. Najgorzej to przeżywają zmiennokształtni i obdarzeni. Może pojawić się dziwna, swędząca wysypka na szyi lub na dekolcie, możesz również dobrze zwymiotować i też po prostu zemdleć. Zależy to od tego jak zareaguje twoje ciało.
Dziewczyna powoli kiwała głową, uważnie słuchając jej słów. Nie była z tego zadowolona, ale wiedziała, że jak się czegoś chce to trzeba cierpieć.
— No dobrze, a to? — Wskazała na przeźroczysty płyn we flakoniku. — To nie wygląda mi na coś bezpiecznego.
— To tylko esencja. — Wzruszyła ramionami i nieco się zająknęła, uciekając wzrokiem w bok, z dala od oczu Lucy. — Będziesz to rozrabiała z wodą przed jakimiś poważniejszymi wydarzeniami. To poprawi twoją kondycję, szybkość, zręczność i inne takie pierdoły na pewien określony czas. — Machnęła niedbale ręką, wbijając wzrok w kieliszek wypełniony winem. Zaschło jej w gardle od tego ciągłego mówienia. Tak sądziła. — Od tej esencji nie ma jakiś konkretnych skutków ubocznych, ale tak około dwie godziny po zażyciu możesz poczuć się słaba i otumaniona.
Lucy naprawdę była pod wielkim wrażeniem. Czuła się w pewien sposób bezpieczniejsza ze świadomością, że ma jakieś szanse nie spartolić tej misji, kiedy u swojego boku miała te magiczne przedmioty.
— To hojny dar ze strony Pana — odezwała się, podnosząc się z kanapy i ruszając ku biurkowi.
Meredith w odpowiedzi uśmiechnęła się ponuro, po czym upiła duży łyk alkoholu, nadal milcząc.
W tym czasie nastolatka już wyjmowała z pudełeczka biżuterię, z uwagą przyglądając się klejnotowi.
To było niesamowite patrzeć się na samoistnie poruszające się gęste kłębowisko fioletowawych chmur szczelnie zamkniętych w drobnym, wyszlifowanym kamieniu.
— Załóż go.
Nastolatce nie musiała dwa razy powtarzać. Łańcuszek był na tyle długi, aby swobodnie przecisnąć go przez głowę, co też dziewczyna ochoczo uczyniła. Kiedy wreszcie klejnot zawisnął dumnie na dekolcie, brunetka spojrzała badawczo na swoje ręce. Nadal je widziała.
— Lekko go potrzyj — poradziła starsza pomiędzy kolejnymi łykami wina.
Zrobiła dokładnie to co powiedziała siedząca czterdziestolatka, czyli delikatnie potarła palcami oszlifowany kamień.
Najpierw nic nie poczuła, a następnie spadł na nią grad emocji. Wpierw co zaznała to było nagłe zasłabnięcie. Szesnastolatka niebezpiecznie zachwiała się na nogach, jakby nagle zamieniły się w watę. Później doświadczyła czegoś w stylu przechodzenia przez taflę wody. Czuła się niesamowicie lekka, jakby daleko za sobą pozostawiła wszelkie ciężary. A później rzuciła okiem na swoje ciało. Nie było go! Lucy zachciało się z tego wszystkiego śmiać. Teraz mogła dowolnie straszyć całą służbę!
Z perspektywy Meredith wyglądało to, jakby dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. Nie wywarło na niej jakiegoś szczególnego wrażenia, ale i tak rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, który do rozbawienia miał bardzo daleko.
— Nie widzę cię! — zawołała wesoło, popijając co chwila czerwony trunek.
— No dobra, jak to teraz wyłączyć? — Dobiegł ją głos tuż za jej plecami.
— Potrzyj go znów. Ten kamień działa jak taki włącznik i wyłącznik.
Zaledwie chwilę później u jej boku zmaterializowała się szesnastolatka z uśmiechem od ucha do ucha.
— Nie noś go za często, tylko wtedy jak ci jest do czegoś potrzebny.
— Dlaczego? — zapytała zaciekawiona dziewczyna, zdejmując z szyi naszyjnik.
— Podczas takiego zwykłego noszenia nadal wywiera na ciebie szkodliwy wpływ — poinformowała, obserwując jak młodsza starannie układa wisiorek w pudełeczku.
Może nie minęła sekunda, kiedy Lucinda nagle tak po prostu upadła na podłogę, a Meredith gwałtownie oraz nieco chwiejnie poderwała się z fotela. Spod biurka dobiegł ją obrzydliwy odgłos wymiotowania i ciche jęczenie. Ominęła mebel, a jej oczom ukazała się skulona nastolatka, z której ust wydobywały się kolejne porcje wymiocin.
— O mój Boże — westchnęła, załamując ręce.
Kiedy mówiła o skutkach ubocznych, miała nadzieję, że Lucy będzie miała tylko jeden z nich. A tu klops. Na dekolcie oraz szyi brunetki zaczęły się powoli pokazywać małe, czerwone krostki, a ona nadal wydalała z siebie śmierdzące rzygowiny.
Cudownie, pomyślała nastolatka, po prostu cudownie.
Bo ten dzień nie mógł być jeszcze gorszy.
Bo ten dzień nie mógł być jeszcze gorszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz