Dziecko z krzykiem wybiegło przez otwarte drzwi do ogrodu, kierując się w stronę huśtawki stojącej tuż obok piaskownicy. Zaraz za dziewczynką pędził jasnowłosy chłopiec, dzierżąc w malutkiej dłoni plastikową zabawkę w kształcie dinozaura.
Dziewczyna dobiegła do drewnianej konstrukcji jako pierwsza i od razu wyskoczyła na siedzisko, wydając z siebie wesoły pisk. Zaledwie chwilę później jej starszy brat uniemożliwił jej swobodne huśtanie, zatrzymując się tuż naprzeciwko niej.
— Ha! Jestem pierwsza! — krzyknęła, nieco sepleniąc, a następnie pokazała bratu język z triumfem wymalowanym na twarzy.
— To nie fair! — naburmuszył się starszy, wydymając dolną wargę. Nie lubił przegrywać, a szczególnie ze swoją młodszą siostrą. — To ja pierwszy chciałem się pohuśtać!
— Kto pierwszy, ten lepszy! — dziewczynka odparła zarozumiale, patrząc na chłopca z samozadowoleniem. — Idź się bawić swoimi zabawkami!
Blondyn posłał siostrze zdenerwowane spojrzenie, po czym dumnie odwrócił się na pięcie i skierował swoje kroki ku domowi.
— Gdzie idziesz? — Dobiegł go głos młodszej, która zauważyła, że brat stracił nagle zainteresowanie nią oraz huśtawką.
— Do mamy — odpowiedział, spinając się po schodkach — Powiem jej jaka jesteś niedobra!
Dziewczynka zeskoczyła z siedzenia, szczerze przestraszona słowami starszego.
— Nie mów dla mamy! — wykrzyknęła piskliwym głosikiem za chłopcem, który już wchodził do domu. — No masz, pohuśtaj się — dodała z nadzieją, że blondyn rozmyśli się i nie pójdzie się poskarżyć mamie.
Natomiast chłopiec nadal szedł przed siebie, nawet nie obracając głowy ku siostrze, po czym znikł z jej pola widzenia w głębiach salonu. Blondynka chwilę stała, intensywnie zastanawiając się czy pobiec za nim. Jednak najwyraźniej odrzuciła tą myśl, bo ponownie usiadła na huśtawce i odepchnęła się stopami od ziemi.
Leniwa zabawa trwała może parę minut, kiedy dziewczynka poczuła podświadomie, że coś jest nie tak. Otaczała ją dziwna cisza. Nawet ptaki, siedzące na pobliskim drzewie, które wcześniej dawały głośny, ptasi koncert, zamilkły, jakby rażone gromem. Na niebie wisiały ciężkie, szare chmury, które pojawiły się wręcz znikąd. Panował specyficzny zaduch, jakby zaraz miała się rozpętać gwałtowna burza z piorunami. Huśtawka smętnie zaskrzypiała, kiedy blondynka powoli z niej zeszła. Przez chwilę poczuła się nieznośnie samotna, a później wręcz przeciwnie. Za jej plecami ktoś stał.
Obejrzała się przez ramię, a jej oczom ukazała się dwójka nieznajomych, kobieta oraz mężczyzna.
Dziecko pisnęło z zaskoczenia i strachu, odskakując do tyłu pod wpływem impulsu.
Chuda kobieta o krótkich, ciemnych włosach posłała dziewczynce spokojne spojrzenie, a na jej ustach majaczył sympatyczny pół-uśmiech. Natomiast jej partner z rękoma wsadzonymi w kieszenie długiego, czarnego płaszcza, uważnie obserwował sześciolatkę z twarzą zastygłą w lodowatej obojętności.
— Wreszcie cię odnaleźliśmy — pierwsza odezwała się kobieta, a jej pół-uśmiech przerodził się w zwykły, delikatny uśmiech. — Po tylu miesiącach poszukiwań...
Blondynka stała jak sparaliżowana, zbyt przestraszona, aby coś powiedzieć czy chociaż poruszyć się.
Dorosła brunetka podeszła powoli w stronę dziewczynki, nie odrywając z niej wzroku, który wyrażał uwielbienie. Gdy była na tyle blisko niej, zza jej pleców odezwał się mężczyzna.
— Meredith, pośpiesz się — syknął z wyczuwalną złością w głosie.
Kobieta puściła mimo uszu jego słowa, wciąż wolno przesuwając się coraz bliżej dziecka, a jej uśmiech z każdą chwilą stawał się coraz szerszy.
Jasnowłosa nie potrafiła się ruszyć z miejsca. Intensywny wzrok dorosłej sprawiał, że stała tak wrośnięta w ziemię, niezdolna do niczego, rozdygotana i ze łzami w oczach.
Kiedy brunetka znalazła się metr dalej od niej, wyciągnęła w jej kierunku smukłą dłoń o długich, kościstych palcach. Ułożyła ją na ramieniu sześciolatki, a tuż obok zmaterializował się niespodziewanie ponury mężczyzna, który w podobnym geście złapał Meredith za rękę, tylko o wiele mniej delikatnie. Jego blade usta poruszyły się, jakby coś mówił, ale ani dziewczyna ani kobieta nie usłyszały nic. Wszystko nagle zalała nieprzenikniona ciemność, a głośny, rwący wiatr szumiał im w uszach niczym huragan poprzetykany głośnym piskiem, który był skutkiem ujścia emocji dziecka.
Dziewczynka mogła przysiąc, że chwilę przed tym, jak mrok zalał jej pole widzenia, a huragan wypełnił ciszę, usłyszała kobiecy krzyk. Krzyk jej mamusi.
Ich trójka wylądowała w zacienionym pomieszczeniu, gdzie jedynym oświetleniem było słabe, żółte światło sączące się z lampy w rogu pokoju.
Najpierw panowała dziwna cisza wypełniona dezorientacją, którą przerwał nagle głośny płacz sześciolatki. Meredith rzuciła się ku niej, aby ją uspokoić, a partner zignorował dziecko i ruszył w kierunku okien, pod którymi stały równym rządkiem wysokie wazony o finezyjnych kształtach wypełnione przeróżnymi kwiatami. Nie zastanawiał się długo. Chwycił jeden z nich, najbardziej charakterystyczny, po czym odwrócił się i skupił swój wzrok na dziecku, które teraz na wpół leżało na podłodze trzymane przez kobietę, zanosząc się donośnym rykiem.
Drugą ręką, w której nie trzymał kwiatu, sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, skąd ostrożnie wyciągnął mały, szary kamyczek wielkości jego paznokcia kciuka. Zacisnął dłoń w pięść, a spod zaciśniętych palców wydobywał się leniwie ciemny, śmierdzący dym. Czarodziej odczekał trochę, po czym otworzył dłoń, a po jej wewnętrznej stronie widniała tylko szara plama rozchodząca się strzelistymi piorunami wokół siebie — jedyny ślad po kamieniu.
Dziecko nadal wyło wniebogłosy, drażniąc czarnookiego, który zacisnął zęby w geście irytacji. Nie minęło nawet pięć minut, a dzieciak zaczął grać mu na nerwach.
Podszedł nieco bliżej, przystając naprzeciwko płaczącej dziewczynki i wbił z nią intensywne spojrzenie, wręcz każąc jej bezgłośnie otworzyć oczy.
Jasnowłosa nieco podniosła powieki pomiędzy kolejnymi spazmami płaczu, napotykając wzrokiem na roślinę trzymaną przez czarodzieja. Nie chciała tego robić, ale coś kazało jej to wykonać. Wbijała zapłakane spojrzenie w kwiat trzymany przez czarodzieja, nie mogąc odwrócić od niego wzroku. Było w nim coś magicznego. Złowrogiego. Tajemniczego. Przyciągał wzrok swym wyglądem, a zarazem odpychał tajemnicą skrywaną w środku.
Czarnowłosy znów zaczął poruszać ustami, ale tym razem wydobył się z nich dźwięk. Dla sześciolatki był to niezrozumiały bełkot w dziwnej intonacji i rytmie. Raz mężczyzna podnosił głos, jakby był wściekły, a następnie szeptał, tak, że ledwo było go słychać. Słowa łączyły się w pary, przeplatały się pomiędzy sobą, tworząc jedną, spójną całość niczym niezwykle złożona modlitwa, która wręcz kipiała od potężnej magii.
Czarodziej odwrócił kwiat do góry ostro zakończoną łodygą i podciągnął rękaw płaszcza aż do łokcia, a później zaczął kreślić nim półkoliste wzory po ręku, w której wcześniej trzymał kamień. Łodyga pozostawiała po sobie krwawe ślady na bladym przedramieniu mężczyzny. Niedługo potem kończyna została cała zalana szkarłatną cieczą, wydobywającą się z głębokich ran o bolesnych, szarpanych granicach. Mężczyzna nie zwracał na to uwagi. Nawet nie czuł żadnego bólu. Miał przymknięte oczy, twarz zdradzała skupienie, a przez jego usta wypływały kolejne niezrozumiałe słowa. Łodyga prowadzona przez jego dłoń, nadal kreśliła krwawy alfabet na poranionym już przedramieniu.
Z każdą mijającą sekundą dziewczynka czuła jak jej umysł przesłania coraz gęstsza mgła, uszy wypełniają się szumiącą ciszą, a płuca zalewała gęsta maź do złudzenia przypominającą krew, przez którą zaczęła się dusić. Rozpaczliwie się szamotała i kasłała, wypluwając krwawą maź, ale to niczym dobrym nie poskutkowało. Czuła się, jakby znajdowała się w bańce. Nie docierał do niej żaden dźwięk, a jej mózg nagle przestał pracować. Płuca ciążyły jej jak nigdy wcześniej, a gęsta krew pięła się wyżej, zatykając usta oraz nos i spływając strużkami po twarzy. Opadła z sił. Nie potrafiła nawet ruszyć palcem. Leżała tak, podtrzymywana przez kościste dłonie nieznajomej. Jedyną łącznością z rzeczywistością był wzrok, który teraz zaczął się ześlizgiwać po śliskich krawędziach kwiatu. Aż wreszcie nie widziała nic poza rozmytą, jaskrawą plamą. A później już była tylko ciemność, która bezlitośnie wchłonęła bezbronną dziewczynkę w swoją nicość.
Mijały dnie, noce, tygodnie, miesiące, lata. Dziewczyna rosła, karmiona nienawiścią do osób, których nawet nie pamiętała ani nie znała. Jednak podświadomie wiedziała, że wyrządziły jej wielką krzywdę. Teraz była jednak bezpieczna. Otoczona troskliwą opieką Meredith, uczona przez najwybitniejszych profesorów, schowana pod dużymi skrzydłami Rephaima — dorosła. Aż przyszedł ten czas, kiedy miało wszystko się wyjaśnić, a Lucy Schneider nigdy nie była tak przerażona i paradoksalnie szczęśliwa jak właśnie w ten konkretny dzień.
„Świat nie skończy się z hukiem czy ciszą, ale raczej głośnym, rozpaczliwym krzykiem wołającym o pomoc.”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz